Sztuka. Grana zwykle na deskach teatralnych. Czasem w teatrze telewizji. Zdarzają się niezłe sztuki i kompletne klapy. Ja miałam szczęście. Trafiłam na trzy genialne widowiska. Każde było monodramem – czyli grał ją tylko jeden aktor. Za to jak grał…

 

Pierwsza była Malwina. Urodziła się kiedy mieliśmy po dwadzieścia lat. Cóż to była za heca. Malwa postanowiła się pojawić w naszym życiu kiedy byliśmy na drugim roku studiów. Ja zgłębiałam tajniki historii, Adam penetrował zarządzanie. Poznaliśmy się pół roku wcześniej i z miejsca postanowiliśmy, że jesteśmy sobie pisani. Mieliśmy podobne temperamenty, oboje lubiliśmy się bawić, czytać i chodzić po górach. Oboje jeździliśmy sporo na rolkach i rowerach. Ja byłam z północy, Adam urodził się w Warszawie. Ja mieszkałam w akademiku, a on z rodzicami na starym Mokotowie w przestronnym mieszkaniu po dziadkach. Nasze mamy były nauczycielkami szkolnymi, a ojcowie  ekonomistami. Jego politycznie zapatrzeni w lewo, moi w prawo. Tylko z tym był zgrzyt, ale co tam.

Malwina dała o sobie znać kiedy siedziała w moim brzuchu od trzech miesięcy. Wtedy się zorientowałam. Wcześniej zganiałam wszystko na stresy związane z sesją, nieregularne odżywianie i kłopoty hormonalne. Dobre sobie. Po kolejnym domniemanym zatruciu pokarmowym koleżanka z pokoju zasugerowała zrobienie testu ciążowego. I pojawiła się kreseczka. Moja artystka numer jeden. Adam struchlał, ja na chwilę straciłam głowę. Nie wiedziałam co zrobić. Że to już? Koniec młodości? Koniec studiowania? Koniec zabawy? Koniec końców… postanowiliśmy urodzić naszą córkę i zamieszkać z rodzicami Adama, a potem kiedy mała będzie nie tak bardzo mała – wziąć ślub. Hop i na głęboką wodę.

Łatwo nie było. Niewyspanie, konflikty, nagła zmiana wszystkiego, sflaczały brzuch i rozstępy na pupie. Jednak ONA scalała wszystko. Naprawiała. Była intuicyjnym dzieckiem. Do obsługi jej nie potrzebna byłą żadna instrukcja obsługi. Głodna – jadła, zmęczona – spała, zadowolona – śmiała się, a zirytowana – wrzeszczała. Podbiła serca wszystkich. Moja teściowa kradła ją kiedy tylko się dało umożliwiając nam naukę. Adam doskonale radził sobie z Malwoobsługą i chyba był szczęśliwy. No, może nie zachwycał się mną tak, jak kiedyś, ale czułam, że mu zależy. Suma sumarum było dobrze.

Wzięliśmy ślub, rodzice Adama na spółę z moimi kupili nam mieszkanie na Pradze Południe, które mieliśmy wynajmować aż nie skończymy studiów, a potem zamieszkać w nim i tworzyć wesołą rodzinkę. Mała rosła, egzaminy zdawaliśmy w pierwszych terminach, czas leciał. Kiedy Malwinka skończyła dwa lata znowu oszalały mi hormony. Został rok studiów. Znowu była sesja. Znowu podejrzewałam zatrucie, osłabienie i tym podobne. Tym razem teściowa zaczęła węszyć spisek i zapytała czy oby nie jestem w ciąży, bo mam dużo objawów. Test nie pozostawił złudzeń. Siedem miesięcy później urodził się Ignacy. Mały, drobny i kruchy. Dostał wprawdzie 10 punktów w skali Agpar, ale był wyjątkowo delikatnym maluszkiem. Kłopoty z serduszkiem, nie takie napięcie mięśniowe, humorki, płacze. W międzyczasie przenieśliśmy się na Pragę. Kończyliśmy studia wyczyniając różne wygibasy. Ciężko było. Bardzo. Teściowie odwiedzali nas, zajmowali się dziećmi i intensywnie pomagali. Mama przesyłała kasę, a Adam zaczął pracę.  Liczyliśmy każdy grosz. Zmęczenie osiągnęło zenitu.

Ignacy dawał nam popalić za troje dzieci. Stale płakał. Żeby zasnął musieliśmy włączać suszarkę do włosów, która działała na niego kojąco. Gimnastykowaliśmy się jak wariaci. Niedospani, wymemłani, lekko zirytowani. Nasza wizja rodziny odrobinę różniła się od stanu faktycznego. Znajomi szaleli na dyskotekach, jeździli po świecie, zmieniali partnerów, prace i pomysły na przyszłość. U nas było stale to samo -kupy, katarki, przecierki i kolejne wizyty kontrolne u pediatrów. Nie ma co. Malwinka była niewzruszona. Nawet dokazujący Ignacy nie był w stanie zmącić jej spokojnej i pogodnej wizji świata. Była jak koniczynka czterolistna. Przynosiła szczęścia i sprawiała radość. Ignacy, dla odmiany, sprowadzał do domu burze, zmęczenie i niesnaski. Kłóciliśmy się więcej padając na twarz. Spowodował, że obiecaliśmy sobie – ani jednego dziecka więcej!

Wtedy właśnie wyszło na jaw, że w drodze jest już Maja. Nasze dwupokojowe mieszkanie zaczynało się kurczyć. Fotelik do karmienia, przewijak i łóżka. Mnóstwo łóżek. Odparzacz do butele, plastikowa zastawa i sztućce, piłeczki, laleczki, pacynki, maty edukacyjne i kojec. BOMBA.  Kiedy Malwinka miała pięć lat, Ignaś dwa z ułamkiem, a my po dwadzieścia pięć – przez cesarskie cięcie wyjęli mi z brzuszydła Maję. Oj jaka ona była śmieszna. Tak brzydka, że aż urocza. Miała buzię niezbyt urodziwego, starego, zmęczonego życiem człowieka. I była całkiem inna niż Malwa i Ignac. Kolejny aktor charakterystyczny. Ksywa -nieprzewidywalna pszczoła. Budziła się i zasypiała zawsze w całkiem innych porach. Indywidualistka. Nie miała ochoty pić mleka. Nie lubiła smoka. Płakała na widok obcych i nie chciała zostawać z babcią. Była jak huba zrośnięta ze mną pępowiną na dobre i złe. Kiedy wychodziłąm z domu nie jadła niczego, zawodziła, żądliła wszystkich jak leci, poza Malwą. Malwę tolerowała dobrze. Malwa miała na nią kojący wpływ. Pszczoła i Kwiat…

Pierwsze kilka lat naszych dzieci przypominało walkę o oddech. Było bardzo ciężko. Sąsiadka nazwała nas dzieciorobami, niektórzy patrzyli jak na patologię. Tacy młodzi i już trójka dzieci. To był jednak najmniejszy kłopot. Mieliśmy siebie i wsparcie rodziców. I to się liczyło. Mieliśmy tez trochę żalu do losu, że wszystko stało się ta szybko choć uważaliśmy, liczyliśmy dni i inne takie. Dzieci towarzyszyły nam w każdej chwili życia, Ignaś spał z nami w łóżku, potem dołączyła Maja, która beze mnie wcale nie zasnęła. Nasz związek stał się firmą kateringowo-sprzątająco-psychologiczną. Działaliśmy na różnych frontach. Tu uścisk, tam przytulas, gdzie indziej gadka pouczająca, podniesiony głos. Czasem płakałam pod prysznicem ze zmęczenia. Czasem czułam, ze nie dam rady, nie mam sił. Adam ciężko pracował żeby utrzymać nasza gromadkę, a i tak starczało tylko na podstawowe rzeczy. Ciężko było.

Nie wyglądałam jak matki z reklam. Daleko mi było. Potargana, wymięta, zdupiesiała i przeraźliwie zmęczona. Mieszkanie przypominało pobojowisko. Kino? Teatr? Wyjście ze znajomymi? Nie czułam się na siłach. -Zrób coś dla siebie,  czytałam w gazetach. Phi, dobre sobie. Sen był najwyższym dobrem. Marzeniem. Towarem deficytowym. Potrzebowałam tylko odrobinę wytchnienia żeby naładować akumulatory. Nie musiałam mieć perfum za milion, willi i wielkiego auta. Potrzebowałam tylko trochę snu… I to było mije największe pragnienie przez te kilka pierwszych lat macierzyństwa…

Lata lecą. Nas to też nie ominęło. Dziś Malwa ma dwanaście lat, Ignaś dziesięć, Majka osiem. Wszystkie dzieci są już w szkole, a ja od kilku lat pracuję. wzięliśmy kredyt, kupiliśmy większe mieszkanie. Lekko nie jest, ale nie narzekamy. Wszystkie nasz pociechy wyrosły na piękne, mądre i samodzielne jednostki. Każde z nich jest całkiem inne, każde gra swoja rolę. Malwa jest prymuską i cudownie tańczy, Ignacy nie przepada za szkołą i lubi się bić z innymi chłopakami, ale za to fantastycznie rysuje, a Majka jest przylepą i duszą towarzystwa. Chodzi na karate i jest waleczna jak nie wiem co. Z bratem zamieniają czasem dom, ku naszej rozpaczy, w pole bitwy. Kiedy iskrzy między nimi -wesoło jest.

Dziś nasi znajomi biorą śluby, rodzą pierwsze dzieci i narzekają, że dziecko to ciężar. Uśmiecham się do nich z życzliwością. Dobrze wiem, że małe dzieci potrafią dać w kość. Jednak to mija. A życie bez dzieci jawi mi się jako puste i smutne, ale taka jest tylko moja perspektywa. Ja chyba nie umiałabym inaczej choć kiedyś przekonana byłam, że dzieci w młodym wieku to katastrofa! Czy czuję, że coś sobie zabrałam tak wczesnym macierzyństwem? Może trochę tak. Ominęło mnie dużo, ale ile zyskałam? Znalazłam fajnego mężczyznę, z którym pomimo wybojów i kryzysów nadal chcemy ciągnąć ten wózek, mam podrośnięte dzieci i mnóstwo siły żeby towarzyszyć im w podróży życiem zwanej. A potem je puścić. Dać im wolność i zająć się sobą. Adamem. Nami. Nadrobić, to co nas ominęło. A może jednak nic nas nie ominęło? Będzie, co ma być!

Dobry losie, dziękuję…

Ty jakaś nieudana jesteś…

Photo by Juan Cruz Mountford on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 53
  •  
  •  
  •  
  •  
    53
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.