Czy można pogodzić życie rodzinne z pracą zawodową? Czy można zrobić to tak, żeby nikt nie ucierpiał? Długo nie mogłam podjąć decyzji dotyczącej powrotu na etat. Miotały mną skrajne uczucia. Z jednej strony pragnęłam wyrwać się z domu i znowu stanąć na nogi, a z drugiej bałam się jak to się wszystko poukłada, kiedy nie będę miała pełnej kontroli. Miałam mnóstwo wątpliwości.

Bardzo ciężko przychodziło mi podjęcie tej decyzji. Dzieliłam włos na czworo, wyszukiwałam problemy i stale nie czułam się gotowa. Tymczasem w moim małżeństwie kipiało. Mąż był zły, że osiadłam na laurach i nie chce mi się pracować. Przecież wszystkie inne żony jego kolegów od dawna wyrabiają normę świetnie łącząc obowiązki domowe z wychowaniem dzieci i zarabianiem pieniędzy. One mają aspiracje, są odpowiedzialne, a nie takie rozpieszczone księżniczki, którym nic się nie chce. No i mają czas na to, by o siebie zadbać -nie tylko intelektualnie, ale również o wygląd. Chodzą modnie ubrane, noszą szpilki, zlikwidowały wałeczki i wysmukliły talię. Takich rzeczy słuchałam niemal każdego dnia. Na śniadanie i kolekcję, bo obiady, szczęśliwie, jadał na mieście. Ręce mi opadły.

MAŁŻEŃSTWO NAD PRZEPAŚCIĄ

Czułam, że mąż irytuje mnie coraz bardziej. Postawił mi poprzeczkę bardzo wysoko zupełnie nie starając się zrozumieć, że nie jestem w odpowiedniej formie, by nad nią przeskoczyć. Czołgałam się raczej pod nią, czując coraz mniej doceniana, bardziej przygnębiona i beznadziejna. Już nie tylko nie mogłam na niego patrzeć ile nawet nie miałam ochoty rozmawiać. Nie cieszyło mnie, kiedy wracał do domu, wkurzało gdy próbował przytulić. Nasze życie rozjechało się w dwie różne strony. Nie rozumieliśmy się i chyba straciliśmy zapał, by to zmienić. Każde z nas zasklepiło się w sobie pielęgnując własne urazy, lęki i wściekłostki. Z czasem, po okresie silnych burz, nastała głucha cisza. Przestaliśmy cokolwiek uzgadniać, gdziekolwiek razem wychodzić. Wymienialiśmy tylko suche komunikaty dotyczące opieki nad dziećmi, planów zakupowych lub wyjazdów wakacyjnych, które z odpoczynkiem jednak nie miały wiele wspólnego. Ledwo się tolerowaliśmy. Przestał gadać, ja unikałam go jak ognia, bo nie chciałam znowu słuchać…

W OSOBNYCH SYPIALNIACH

Kobieta, do dobrego seksu, potrzebuje poczucia tego, że jest akceptowana, dobra. Potrzebuje zrozumienia, ciepła i czułości. Niczego takiego nie dostawałam, więc przeniosłam się z czasem na kanapę. Byłam rozżalona, zawiedziona i sfrustrowana. Świat mi się walił. Nie miałam najmniejszej ochoty nawet się do niego przytulać. Pachniał obcością. Pachniał niespełnionymi oczekiwaniami, rozżaleniem i smutkiem. Pachniał przeterminowanymi marzeniami, spleśniałymi nadziejami. Pachniał porażką.

ŻYCIE PŁATA FIGLE

W tym roku młodsze dziecko trafiło również do szkoły, a ja na pierwszym zebraniu klasowym spotkałam swojego przyjaciela z liceum, którego córka chodziła do tej samej klasy, co moja pociecha. Jak się okazało kumpel prowadził swój świetnie prosperujący biznes. Okazało się, że poszukuje zaufanej osoby, która pomoże mu zadbać o interes. Od słowa do słowa zgadaliśmy się. Postanowiłam, że się tym, z wielką chęcią zajmę tym bardziej, że kasa jaką mi zaproponował była niezła, a praca ciekawa i rozwojowa. Wystartowałam niemal z marszu.

CZY MOŻNA ODBUDOWAĆ COŚ NA ZGLISZCZACH

Mąż ucieszył się kiedy poinformowałam go, że WRESZCIE wracam do gry. Chyba poczuł, że wygrał, że jego perswazję przyniosły zamierzony efekt. Nie obchodziło mnie już jednak jego zdanie. Czułam, że to, co robię teraz -robię tylko dla siebie i dzieci. Chciałam się usamodzielnić, żeby móc maluchom zapewnić przyzwoity byt na wypadek wykolejenia się naszego małżeństwa. Tymczasem mąż przystąpił do kontrofensywy. Zaczął być milszy, partycypował w pracach domowych, dzielił się obowiązkami przy dzieciach. Mało tego, zaczął mi nawet okazywać zainteresowanie i czułość. Byłam tym bardzo zaskoczona. Nie miałam jednak zbyt wiele czasu, by się roztkliwiać. Ilość obowiązków sprawiała, że goniłam jak szalona trochę chyba ignorując mojego ślubnego.

ŁAD I PORZĄDEK NIE TYLKO W SZAFIE

Szybko zorientowałam się, że moja garderoba wyszła z mody, a jako przedstawicielka firmy Jana -musiałam prezentować się nienagannie. Część pierwszej wypłaty przeznaczyłam więc na nowe fatałaszki, buciki, torebkę i nowa fryzurę. Doszły jeszcze paznokietki i zapach, który zazwyczaj był poza zasięgiem moich możliwości finansowych. Po tym liftingu poczułam się o niebo lepiej ze sobą samą. Znowu poczułam, że jestem KOBIETĄ. Prawdziwa kobietą. Wiedziałam, że teraz mogę góry przenosić. I było tak mimo zmęczenia. Nakręcona działałam na najwyższych obrotach tym bardziej, że szef był ze mnie bardzo zadowolony, a mąż coraz bardziej się starał. To dawało mi siłę i poczucie zadowolenia.

NA PROSTEJ DRODZE?

Jeśli sądzisz, że to wszystko było proste- nie masz racji. Początkowo naprawdę gimnastykowałam się nieźle żeby wszystko podopinać. Dzieci czasem chorowały, mąż nie zawsze mógł mnie zastąpić. Do tego szczepienia, klasówki, szkolne wydarzenia na których wypadało być, rodzice, którymi czasem musiałam pomóc i różne inne perturbacje, a było ich bez liku- stale coś! Zdarzało się wiele niespodziewanych momentów, które podnosiły ciśnienie -jednak za każdym razem udawało się jakoś opanować rzeczywistość. Gorzej, bądź lepiej, ale zawsze na plus. Czasem płakałam ze zmęczenia, czasem nie miałam siły wstać. Czasem chciałam się z tego wszystkiego wypisać, ale satysfakcja jaką dawał mi samodzielność i niezależność była na tyle duża, że za każdym razem brałam się za twarz. Pomagał mi również mąż. Po latach ochłodzenia relacji nastała znaczna poprawa. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, spać w jednym łóżku, patrzeć na siebie życzliwszym okiem. Pszliśmy nawet na kilka spotkań do psychologa, który pomógł nam lepiej się zrozumieć.

I ŻYLI DŁUGO…

Bajki zwykle kończą się happy endem, ale moje życie bajką nie jest. Niedawno mąż stracił pracę i od kilku miesięcy, bez powodzenia szuka kolejnej, starszy syn ma dysklekcję, dysgrafię i jeszcze parę innych kłopotów, które wymagają uwagi i czasu, a moi rodzice, ostatnio, wymagają coraz więcej pomocy. Jest ciężko, bo czas to najsłabsze ogniwo tej układanki, ale dajemy radę. Dogadaliśmy się. Naprawdę nie wiem co to by było, gdybym wreszcie, po latach, nie zdecydowała się wrócić do pracy. Zostalibyśmy z mężem bez środków do życia. Być może nie bylibyśmy już nawet małżeństwem?

FIKU MIKU

W moim przypadku powrót do pracy wszystkim wyszedł na dobre choć łatwy nie był i wymagał sporo gimnastyki od całej rodziny. Odzyskałam wiarę w siebie, a moje małżeństwo dostało zastrzyk pozytywnej energii. Czuje, że mam prawo głosu i wreszcie mogę myśleć również o sobie. Przyznam ci się w tajemnicy, że nawet trochę się rozpieszczam. Raz w tygodniu, po pracy wpadam z koleżanką na kawę do ulubionej kawiarni. Czasem też, czego wcześniej nie potrafiłam zrobić,  olewam pewne sprawy, żeby móc nieco odpocząć. Poza tym nauczyłam się mówić -nie i chodzić spać, kiedy jestem zmęczona, a nie wtedy kiedy wszystko zrobię… Powrót do pracy wyszedł na dobre chyba wszystkim. To była najlepsza decyzja podjęta we właściwym czasie. No i przestałam być wreszcie taka wściekła. Zrozumiałam, że czasem podjęcie trudnej decyzji może być początkiem czegoś naprawdę fajnego!

Tu znajdziesz część pierwsza opowiadania!

Jestem na siebie wściekła (cz.1/2)!

Dziewczyna, która ukradła mu serce!

 

Photo by ThisisEngineering RAEng on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 10
  •  
  •  
  •  
  •  
    10
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.