Nigdy nie miała wszystkiego, czego pragnęła i szczerze powiedziawszy myślała, że to błogosławieństwo. Życie wypełnione po brzegi spełnionymi marzeniami – byłoby chyba nieznośne i nużące. Ceniła, to co udało jej się uchwycić, albo wywalczyć. Ceniła i mocno trzymała w garści wiedząc, że na kolejne zrealizowane przez życie kaprysy może przyjść jej długo czekać.

Po wielu latach nieudanego małżeństwa chyba uwierzyła, że już nigdy nie poczuje jak to jest być naprawdę kochaną, rozumianą, rozpieszczaną czy podziwianą. Jej uroda zwiędła. Widziała to wyraźnie – w lustrze, w witrynach sklepowych, w których odbijał się obraz starszej pani, zmęczonej życiem. Właściwie nikt już nie okazywał jej atencji, jakby stała się niewidzialna. No dobra, może nie do końca. Czasem jeszcze przyciągała wzrok panów, ale żaden z nich nie był dość atrakcyjny dla niej. Za obślizgły, za flejtuch, zbyt rozczłapany życiem. Poza tym czuła, że już jej się nie chce, że jest za stara, że to by była farsa i niezły żart. Może wystarczyło jej już niańczenie męża, znoszenie jego kąśliwych uwag, chropowatej oschłości i fascynacji modelkami pozującymi do aktów, które ostatnimi latami tak chętnie malował. I niby nadal miała apetyt na życie. Niby czekała na jakąś niespodziankę od losu, ale robiła to bez przekonania i czekając, i nie czekając wcale. Robiła to, bardziej chyba po to, żeby tylko utwierdzić się w przekonaniu, że to czego doświadczyła, to było  już wszystko. Limit wyczerpany, studnia uczuć wyschła, a jej los jest przesądzony. Że teraz pozostały jej nudne obowiązki i powrót do wspomnień z czasów, kiedy czuła, że może wszystko.

Nigdy nie miała wielu powierniczek, koleżanek czy przyjaciółek. Nie ufała innym kobietom, bo zbyt dużo bólu zdołały jej zadać. Manipulowały, celowo podważały jej autorytet w pracy, sprawiały przykrość i wiecznie plotkowały. Nie znosiła tego i nie uczestniczyła w tych sabatach czarownic. Gardziła tym. Poza tym nigdy nie interesowała się czyimś życiem na tyle, żeby o tym godzinami rozprawiać i snuć domysły. Miała swoje sprawy i problemy. Nie zamierzała dokładać sobie więcej. Czuła, ze nie pasuje do tego rozświergotanego tworu. Od zawsze. Nie lubiła innych kobiet właściwie od początku i tylko z kilkoma przedstawicielkami płci pięknej miała swobodne relacje. Nie był nim, z całą pewnością, układ z matką od której nie zaznała żadnego ciepła ani troski. Wychowywana właściwie głównie przez surową, ale sprawiedliwą babcię, wiecznie strofowana i upominana, wiedziała co jest dobre, a co złe, co wypada, a co jest surowo zabronione. Długo żyła rytmem tych zakazów, nakazów i rygorów. Zdecydowanie zbyt długo.

Pozbawione czułości dzieciństwo dało jej jednak bazę na przyszłość, tak zawsze myślała. Solidne zaplecze. Przekonanie, że jest silna, nic i nikt jej nie złamie. Że może wszystko, jeśli tylko chce, ale również, że nie dostanie wszystkiego choćby nie wiem co. Że jest coś, za coś, a marzenia spełniają się wybiórczo i czasem wtedy, kiedy przestaje się już o nich pamiętać. Nauczyła się również tego, że na pewne rzeczy warto czekać, ale nikt nie zagwarantuje, że do nas przyjdą. Umiała radzić sobie sama i sama zaspokajała swoje potrzeby -czasem przekonując siebie samą, że nie warto, szkoda czasu czy zachodu. Umiała odpuścić, pozornie poddać się – by uniknąć rozczarowania czy przykrych konsekwencji. Nie zamęczała sobą innych, nie obarczała. Miałą wiele zalet.

Świetnie gotowała, a jej szarlotka to było mistrzostwo świata. Doskonale tańczyła i ładnie się ruszała. Wiedziała jak się ubrać, by podkreślić wszystkie swoje atuty. Od zawsze stawiała granice i była konsekwentna. Konsekwentnie podtrzymywała także swoje nieudane ze wszech miar małżeństwo. Nie zastanawiała się dlaczego. Jej mąż był smutny jak większość jego dział i chyba także to, co teraz najbardziej ją w nim drażniło, niegdyś ją tak w nim urzekło – melancholia. Zabawne, prawda? Być może gdyby nie ta nieplanowana ciąża ich związek samoistnie rozpadłby się ze względu na różnice nie do pogodzenia. Pojawiła się jednak Joanna -jedyny łącznik między jej światem i jego odległą galaktyką. Powiedziała A, musiała więc powiedzieć B. Tak wypadało. To było oczywiste i bezdyskusyjne. Zawsze płaciła za błędy. Była do tego przyzwyczajona.

Zawsze mawiała,  że mężczyznom nie powinno się mówić całej prawdy, bo i po co. Nieobecna matka, wszechwładna babka i ojciec zanurzony po czubek nosa w patriotycznej walce o polskość – dali jej to, co umieli. Otrzymała świetne wykształcenie, mocny kręgosłup moralny i pewien rodzaj bólu, który towarzyszył jej każdego dnia. Może nie bólu, smutku, niespełnienia. A może to była wrażliwość upchnięte głęboko w koronkowy stanik, tuż pod sercem? Ojciec miał zawsze ważniejsze sprawy, niż wychowanie córki, ale była z niego piekielnie dumna. Był jej bohaterem. Prawdziwym mężczyzną. Poświecił się sprawie. Nieobecny, mimo wszystko, spełniał funkcję jej osobistego kompasu. Nie trzeba było mu zawracać głowy, bo działał na linii frontu cichej wojny ideologicznej. Nie interesowały go przyziemne problemy, ale miała przekonanie, że robi to również dla niej…

Jan był trochę jak jej ojciec tylko bardziej dostępny. Był silny, niewzruszony i pewny siebie. Ta pewność niezwykle ją inspirowała, intrygowała i zachwycała jednocześnie. Jan był kimś, na kogo długo czekała – być może nawet całe życie. Kimś, kto zaprzątał jej myśli od dawna, jednak nie śmiała nawet oczekiwać, że przytrafi jej się jeszcze coś takiego. I to w jesieni życia. Że oszaleje dla niego, zwariuje, straci zdrowy rozsądek. Im dłużej i intensywniej się spotykali- tym głębiej zanurzała się w tej miłości. Tak, miłości. To był już nie tylko fascynacja. To była miłość. Prawdziwa, głęboka i bolesna. Wiązała się z wyborem, zmianą, odrzuceniem, cierpieniem i skandalem. Czy chciała aż takich komplikacji? Tak, chciała. Czy była na to gotowa? Była. Dla niego, dla tych kilku wspólnych lat, które im pewnie zostały gotowa była skoczyć na głęboką wodę i  choć początkowo przekonywała się sama, że tak nie można teraz nie miała już wątpliwości. Jeśli tylko Jan zaproponowałby jej wspólną podróż przez życie – przyjmie ten dar od losu. Przyjmie z wdzięcznością i lękiem. Zaryzykuje kolejny raz. A może pierwszy? Być może pierwszy raz zrobi coś, czego naprawdę pragnie, a nie coś co powinna albo musi?

Wiele razy rozmawiali z Jankiem o tym, co powinni, co im wolno i jakie będą koszty, ale nie te finansowe. Na mikroskopijne, kilkuchwilowe momenty ucinali tę relację, by po chwili wpadać sobie w ramiona. Mówił jej wiele razy ile dla niego znaczy. Czuła zresztą, że nie zwodzi jej, nie bajeruje. Był śmiertelnie poważny i bardzo nią zainteresowany.

W tle tego wszystkiego było dobro jej córki, umowa z wnuczką, która przecież miała z nią zamieszkać – wszystko posypałoby się jak domek z kart, ale pragnęła tych zmian bardziej niż czegokolwiek. Niezależnie od ceny jaką przyszłoby jej zapłacić. Może z czasem dzieci jej wybaczą? Może zrozumieją?  Tak, jeśli Jan kiedykolwiek ją zapyta – skoczy na główkę. Zrobi dla niego wszystko. Zburzy swój świat i poukłada go od nowa. Choćby mieli zostać w nim tylko we dwoje…

Na zawsze razem (cz. 91b)

Photo by Vincent van Zalinge on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.