Nigdy nie był dobry mężem, a co gorsza zawsze zdawał sobie z tego sprawę – tylko co miał z tym niby zrobić?! Wychodziło na to, że był kiepski z pełną premedytacją. Cóż, za pocieszenie służył mu fakt, że nikt nie pokazał mu jak być mężczyzną z prawdziwego zdarzenia, więc był takim człowiekiem, jakim zdawało mu się, powinien być. Takim, jakim było mu wygodniej, a że zawsze pragnął być  wolnym duchem i ciałem, niezależnym, nastawionym na siebie -takim się stał. Zresztą artyści muszą być skupieni na sztuce, bo inaczej zaprzepaszczają talent… Zdawało mu się, że Maria dawno temu zaakceptowała taki stan rzeczy, a jednak bardzo się mylił. Nie przypuszczał, że aż tak bardzo!

Jej odejście go zszokowało. Było ciosem poniżej pasa i prosto w serce. Nie sądził, że kiedykolwiek byłaby w stanie mu to zrobić. No może kiedyś, gdy Joanna była mała, a ona robiła karierę i kręciło się wokół niej sporo kolegów z pracy. Wtedy nawet się odrobine obawiał, że może spróbować puścić go kantem. Znudzona żona, rozczarowana małżeństwem z mało zaradnym artystą mogła być łatwym, a jednocześnie niezwykle łakomym kąskiem dla jakiegoś, spragnionego rozrywki, dyrektorka w glajerku. Mógł jej zaoferować nie tylko rozrywkę, ale również stabilizację, poczucie bezpieczeństwa, normalny dom… Co by nie mówić Maria zawsze była zadbana, efektowna i mimo swojej stanowczości i pozornej surowości przyciągała mężczyzn jak magnes. Działała na wyobraźnię. Była zagadką.

Joanna „przytrafiła się” im szybko. Zdecydowanie za szybko. To za jej sprawą wzięli ślub i mimo rażąco innych oczekiwań od życia – postanowili pchać wspólnie ten wózek. Czy ją kochał? Kochał. Miała w sobie coś tajemniczego, niezgłębionego, uwodzicielskiego. Umiała się zachować i odnaleźć w każdej sytuacji. Był z niej dumny. Imponowała mu. Kiedy myślał o początkach ich wspólnej drogi – zawsze uśmiechał się sam do siebie. Było nerwowo, to fakt, ale przy okazji dość niebanalnie, figlarnie i obiecująco. I na tym się zakończyło.

Dzieliło ich wszystko. Od podejścia do życia poczynając, poprzez gust kulinarny i muzyczny na światopoglądzie skończywszy. Każde z nich inaczej czytało te same treści, śmiało się w całkiem innych momentach filmu, zachwycało się zupełnie innymi książkami, słuchało innej muzyki i lubiło totalnie odmiennych ludzi. I jeszcze kwestia pieniędzy – on mógł żyć  skromie, nie musiał wyjeżdżać na wakacje, ani mieć ładnie urządzonego domu i nowej pary butów, a ona  –  wprost przeciwnie. Dla niego BYĆ, zawsze znaczyło więcej niż MIEĆ.

Zdawało mu się, że wie dużo na temat kobiet. Maria nie była ani pierwsza, ani ostatnia. Przez jego łóżko przewinęło się całkiem sporo modelek skuszonych wizją zapozowania OBIECUJĄCEMU malarzowi. Miał muzy, fascynacje i zachwyty. Te krótkotrwałe romanse były inspirujące, stanowiły swego rodzaju bodziec żeby malować, wymyślać, czuć. Żeby żyć u boku lodowatej, stale niezadowolonej żony.

Kiedy Aśka wyszła za mąż zostali sami i nawet nie bardzo było się o co kłócić. Żyli osobno. On tworzył, a żona cmokała, narzekała i stale byłą na wyciągnięcie ręki. Miała świetny kontakt z wnuczkami i kulawy z córką – tak to widział. Chyba całkiem lubiła zięcia, ale szczególną estymą darzyła teścia Aśki, który bardzo jej imponował. Miał maniery. Zawsze przepuszczał ją w drzwiach, odsuwał krzesło, podawał płaszcz, uważnie słuchał co mówiła i sadowił się w taki sposób, by być blisko niej. Widział to i niezwykle go to bawiło. Trochę żenowało?  Nie zaprzątał sobie tym faktem głowy. Nie znosił spotkań rodzinnych i zawsze szukał pretekstu by się wymigać.

Kiedy żona poinformowała go o swojej decyzji – odebrało mu mowę. Odchodziła z Janem. Zakochała się, zwariowała, oszalała. Ten cios zabolał. Pierwszą reakcją był szok i niedowierzanie, potem postanowił założyć maskę obojętności. Nie walczył, poddał się. Jak ostatni imbecyl, zaproponował jej nawet pomoc przy pakowaniu. Bardzo nie chciał, by zauważyła jak bardzo cierpi i chyba mu się to udało.

W dniu wyprowadzki było dziwnie. Coś wisiało w powietrzu. Maria zaznajamiała go z wszelkimi sprawami, które miał teraz sam prowadzić. Tłumaczyła mu jak płacić rachunki i w jakich terminach, pokazywała gdzie są nadpłaty i uwrażliwiała na rzeczy, o których nie może zapominać. Była spojona, cierpliwa i niezwykle troskliwa, jakby się o niego martwiła. Jakby jednak nie był jej tak całkiem obojętny. Ni z gruszki, nie z pietruszki, zaproponowała nawet, że gdyby miał jakieś problemy, albo nie spinałby się finansowo- pomoże mu chętnie i bez najmniejszego problemu. Obserwował ją próbując zgadnąć czy coś do niego jeszcze czuje. Nie był pewny. Wyczuwał wykluczające się emocje- śpieszyła się do Jana jednocześnie nie mogąc zostawić jego, przedłużając pewne rzeczy.

Kiedy wszystkie jej szpargały zostały już załadowane do dostawczaka, który przewoził je do nowego miejsca jej zamieszkania – nagle przyśpieszyła. Jakby pragnęła szybko uciec. Ubrała się i chyba chciała mu tylko podać rękę na pożegnanie, więc odtrącił jej dłoń i mocno się do niej przytulił. Nie odepchnęła go, nie ofuknęła, poddała się. Chwilę stali tak pośrodku przedpokoju. Kiedy zaczął rozluźniać uścisk powiedział jej jeszcze, że będzie mu jej brakowało i że nie wyobraża sobie świata bez niej, ale da radę. Zapewnił, że może być o niego spokojna i jednocześnie nie musi się spinać, bo w domu zawsze jest dla niej miejsce i może wrócić, kiedy tylko zechce. Nie spojrzała mu jednak w oczy. Szybciutko musnęła wargami jego prawy policzek, machnęła jeszcze w powietrzu ręką i pośpiesznie wyszła. Zdawało mu się, że otarła rękawem płaszcza jakąś zagubioną łzę, ale być może było to jedynie jego pobożne życzenie…

Kiedy drzwi się zatrzasnęły, stanął przyczajony za firanką obserwując jak wsiada do samochodu i odjeżdża. Poczuł smutek. Rozdzierający smutek i ogromny żal. Wyjął w barku whisky, nalał do szklanki, dorzucił kilka kostek lodu i poczłapał do pracowni gdzie włączył na cały regulator Mozarta i zaczął malować. Kołysząc po płótnie pędzlem rozważał czy Maria jeszcze do niego wróci. Zakładał, że tak. Dawał jej maks pół roku. Nie sądził, że wytrzyma z Janem dłużej. Przecież kiedyś opadną jej klapki z oczu i zobaczy, że ten doktorek to zwykły babiarz, tandeciarz i męski szowinista. Nie wierzył w tak nagłą przemianę Jana. Nie wierzył, że pokocha Marię taką, jaka ona jest. Był pewien, że lada chwila zacznie ją przerabiać, dopasowywać pod siebie i zmieniać. Ludzie, zwłaszcza w ich wieku, nie stają się nagle zupełnie inni. To wbrew naturze. Jedyne co mu teraz zostało to obserwować i czekać. Zakreślił w kalendarzu datę wyprowadzki Marii i postanowił odliczać. czekać i odliczać. Czuł, że żona kiedyś się zjawi w domu i zostanie na zawsze. Musiała wrócić. Nie było innej opcji!

Na zawsze razem (cz. 93e)

 

Photo by Alp Allen Altiner on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.