Mężczyzna. Jak trudno nim czasami być. Jak ciężko porzucić przekonania wyniesione z domu i usłyszeć samego siebie, pozwolić sobie być kimś, kim jest się w głębi duszy. Kim był On? Czuł się jak niespełna rozumu superbohater thrillera psychologicznego, człowiek o wielu twarzach. Był kochającym, ale nieobecnym, niezbyt zaangażowanym dotąd ojcem, trochę zazdrosnym mężem wielokrotnie łamiącym przysięgę, troskliwym, lecz niezbyt wylewnym synem żyjącym na obrzeżach domu rodzinnego. Był też zaangażowanym, czułym i empatycznym gościem, który nawet w złym nastroju czy w gorszej formie – walczył o swoich pacjentów, do końca. Funkcjonował na styku kilku wykluczających się światów i odmiennych potrzeb. To było cholernie skomplikowane…

Kiedy skoczył czterdziestkę dotarło do niego z pełną jasnością, że nic dwa razy się nie zdarza, że nie da się cofnąć czasu, a zegar tyka jak oszalały. Może to głupie, ale bał się starości i niemocy, kłopotów z potencją, łysiny, niesprawnych rąk, którymi nie będzie już mógł operować. Bał się wielu rzeczy od dawna, więc te lęki pęczniały, nasączone nadmiarem bujnej wyobraźni. Bardzo się na sobie skupiał obawiając się przyznać do tych obaw nawet, a właściwie przed wszystkim,  przed samym sobą. Takie to było niemęskie.

Gdyby nie wypadek, pewnie żyłby jak dawniej. Gdyby nie zawał zapewne dalej balansowałby na cienkiej linii przyzwoitości, przekonując samego siebie, że zdrada, oszustwo, obojętność – to coś zwykłego, normalnego, typowego. Serce zatrzymało go w biegu jednocześnie dając szansę na drugie życie. Skorzystał z niej i choć wiązała się ze zmianą postrzegania świata, z najprawdziwszą rewolucją – poczuł ulgę. Już nie musiał się ścigać z samym sobą.

Niemal stracił żonę, rozwalił małżeństwo, zatruł życie swoim córkom. Jak w ogóle mógł przypuszczać, że się nie zorientują, że nie zauważą, nie będą zadawały pytań. Przecież zawsze czytały go jak otwartą księgę, przecież miały swoje sprawdzone sposoby by rozbroić go w ułamku sekundy i rozczulić, a on kochał je nad życie. Z myślą o nich tak tyrał. Był przecież odpowiedzialny i chciał, tak bardzo chciał, dać im wszystko to, co najlepsze. Oszukiwał sam siebie? Nie. Marzył, by miały wszystko jednoczesnie kochając tę pracę. Uwielbiał operować, szukać przyczyny i znajdować sposoby, by stawiać ludzi na nogi. Sporo kosztowało go to, że czasem przegrywał, że nie zawsze się udawało, że odchodzili… Zastanawiał się ile spraw leży w jego gestii. Coś tam mógł jednak, tak naprawdę, nie tak wiele…

Mógł za to próbować skleić to, co przez lata popękało. Mógł scalić rodzinę, zreperować swój związek z Joanną. Mógł zawalczyć o Zuzannę i zaufać Karolinie, akceptując jej wybór, poznając Kubę bez uprzedzeń. I robił to. Robił, każdego dnia. Z myślą o swoich dziewczynach kupił dom, spełniał ich marzenia, uczył się słuchac i pocieszać bez dawania rad, chodził do psychologa, także do psychiatry z młodsza córką. Kiedyś pewnie wstydziły się, że dopuścił do takiej sytuacji, że ma córkę, która nie umie poradzić sobie z codziennością. Teraz widział to inaczej. Nabroił, a ona płaciła cenę tak wysoką, że kiedy o tym myślał, łzy napływały mu do oczu. To była kara?

Leczenie Zu było procesem, żmudnym, długotrwałym i nie pozbawionych gorszych chwil. Uczestniczyli w tym wszyscy, cała rodzina wspierała ją w walce o siebie. Cieszył się, że Aśka nie ma pracy, że może się zaangażować w życie rodziny na dwieście procent. Był jej wdzięczny za to, że w pewnym momencie, świadomie odwiesiła na kołku poszukiwania nowego pracodawcy. Na każdym kroku mówił jej, ile to dla niego znaczy, jak bardzo docenia i widzi, to, co rob dla całej rodziny. Odkąd wyprowadziła się z ich domu matka – Aśka zaczęła też gotować. Najlepiej wychodziły jej rzeczy mało skomplikowane, resztę nieco knociła, ale kawę parzyła świetną. Przez te lata, kiedy gnała na oślep w wyścigach na pracownika roku, zapomniała chyba jak to się robi. Teraz, krok po kroku, wracała. O byłby niesprawiedliwy, jej rosoły zwalały z nóg! Były jednocześnie delikatne i pikantne. Rewelacja.

Odkrywali się wzajemnie. Teraz widział ją inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Była czasem jak zagubiona dziewczynka. Owszem, umiała się zmobilizować i przeistaczać w, napędzane miłością, perpettum mobille i przeć do przodu niczym tur, ale teraz już zauważał jaką płaciła za to cenę. Była delikatna, wiotka i pełna wątpliwości schowanych za nieco zuchwałym spojrzeniem. Odkrył, że największym kłopotem jest dla niej zatrzymanie się właśnie, złapanie oddechu. Była zadaniowcem jak on.

Pracował teraz mniej, co nie znaczyło, że mniej myślał o swoich pacjentach. Teraz musiał zrobić porządek. Pochylić się nad sobą i swoimi najbliższymi. I robił to z przyjemnością doprawioną nadzieją i całą gamą nowych obaw. Nie dotyczyły one teraz łysiny, ani dużego brzucha. Były znacznie poważniejsze. Teraz, musiał pomóc młodszej córce odnaleźć siebie. To było trudne zadanie, ale nie niewykonalne. To było jak operacja. Skomplikowana operacja na otwartym sercu.

 

Na zawsze razem (cz.99)

Photo by Mick Haupt on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.