Całe życie marzymy o wielkiej miłości. O tym, że wreszcie ktoś nas pokocha. Tak na sto procent, naprawdę, bez żadnego “ale”. Liczymy (podskórnie), że wreszcie pojawi się ten ktoś, niczym rycerz na przysłowiowym białym koniu, i odmieni nasze życie, odkryje jakie naprawdę  jesteśmy fajne. Tak rzadko myślimy o tym żeby bliżej poznać, polubić i może nawet pokochać samą siebie:-). Dać sobie wolność i prawo do popełniania błędów. Zaakceptować…
Czy pamiętasz swoje dzieciństwo? Jaka byłaś? Lubiłaś siebie? Rozpieszczano Cię czy wprost odwrotnie? Może pełniłaś rolę Kopciuszka, brałaś na klatę wszystkie niesnaski domowe albo usiłowałaś zwrócić na siebie uwagę bezustannie przywdziewając szaty klauna? Jak Ci z tym było? Może mówiono Ci, że jesteś za chuda, zbyt “duża”, masz słabe włosy, krótkie nogi, wąskie usta albo duże uszy? Byłaś bardzo poważnym dzieckiem, śmieszką albo może histeryczką?
Zastanawiałaś się kiedyś nad tym w jaką szufladkę Cię wpychano?


Ja jestem jedynaczką. W dzieciństwie rozpieszczaną, przytulaną, kochaną.

  • Kiedy byłam mała mama opowiadała mi przed snem piękne bajki, które sama wymyślała. Zapisała mnie na lekcje angielskiego kiedy miałam ledwie kilka lat (nigdy nie potrafiłam być tak spokojna jak moja mama!). Zawsze była wsparciem, służyła radą i nie oceniała. Tata uczył mnie gry w tenisa, ping-ponga, kupował toczek żebym bezpiecznie jeździła konno, kanarka, chomika, świnkę morską – żebym miała swojego małego przyjaciela (tak bardzo chciałam być tak otwarta i pomocna ludziom jak mój tata). Oboje zostawiali mi mnóstwo swobody i obdarzali totalnym zaufaniem.
  • Babcia Marysia objaśniała mi po swojemu świat pokazując na własnym przykładzie jak można być dobrym, pogodnym człowiekiem, mimo trudów i życiowych przeszkód. Jak rozjaśniać twarz uśmiechem. Była osobą bardzo dzielną, lubianą przez ludzi, szalenie pogodną i bardzo zdyscyplinowaną (pragnęłam umieć cieszyć się z każdego dnia tak jak Ona). Niemal do końca życia robiła codziennie ćwiczenia żeby nie wypaść z formy.
  • Druga babcia odkryła przede mną świat dobrych manier. Niezaprzeczalnie była damą. Nigdy nie klęła, dobrze gotowała i robiła pyszny budyń z sokiem wiśniowym (ach ta klasa… gdzie mi do niej!).
  • Dziadek grał ze mną godzinami w przeróżne gry (jakże chciałabym mieć taką cierpliwość), bawił się i zabierał na lody do Igloo na Nowym Świecie (może ktoś jeszcze pamięta tę genialną lodziarnię?).
  • Siostra mamy kupowała mi słodycze (chciałabym umieć z takim dystansem i gracją równocześnie 😉 podchodzić do wielu spraw!) i w tajemnicy przed wszystkimi pozwalała je jeść przed obiadem (a sreberka rzucać rozkosznie za łóżko).
  • Brat taty zabierał mamę i mnie na wycieczki bladym świtem do Powsina żeby obserwować sarny, przybijał gwoździe, robił karmniki z drewna na ZPT (ech, nie ma we mnie ani odrobinki żyłki majsterkowicza), a kiedy coś się działo zawsze można było na niego liczyć.

Sporo chorowałam, więc otaczano mnie dodatkową troską. W moim domu panowała przyjazna atmosfera. Rodzice szanowali się nawzajem choć oboje mają i mieli swoje własne niezawisłe zdanie na każdy temat. Oboje czytali, prowadzili życie towarzyskie i sporo pracowali. Byłam więc takim wolnym meteorem. Miałam swobodę dokonywania wyborów. W sumie, całkiem się ze sobą nieźle czułam, choć oczywiście pewne elementy mojego looku mniej lub bardziej mi pasowały. Tu było za mało, tam za dużo, ale co tam… Dom dawał mi wsparcie. Był bazą, przystanią, miejscem gdzie zawsze czułam się bezpiecznie.

Mimo takiego zaplecza czasem również brakowało mi wiary w siebie (spokoju, otwartości, radości z życia, cierpliwości, dystansu). Czasem zastanawiałam się czy oby wszystko ze mną w porządku. Czy to dobrze, że jestem taka, jaka jestem i czy to normalne, że taka właśnie jestem (no bo kto do cholery wymyśla sobie opowiadania depilując nogi czy szlocha po kątach jeszcze tydzień po obejrzeniu jakiegoś wzruszającego filmu?!).

O tym, że ze mną nie do końca wszystko w porządku starało się przekonać mnie wiele osób. Spotykałam przecież różnych ludzi, a oni nie zawsze darzyli mnie sympatią, czasem od razu dało się wyczuć wrogość, irytację, niechęć. Zdarzało mi się usłyszeć jakieś nieprzychylne opinie o mnie. Dopiero jednak po latach uświadomiłam sobie jak niektóre z nich głęboko wryły się w moje serce. Te krytyczne opinie obcych ludzi są czasem jak moje wewnętrzne echo, które nagle włącza się kiedy czuję, że zrobiłam coś nie tak jak powinnam.

Myślę, że prócz klimatu domowego ulepieni jesteśmy także z tego co mówią o nas i do nas inni -ciocie, wujkowie, koleżanki, koledzy, nauczyciele. Czasem nawet przypadkowi – pani w sklepie, która skomentuje nasz wygląd (albo zaproponuje spodnie dwa rozmiary większe od tych, które zwykle kupujemy…), trener, który zadrwi z naszej formy, kogoś kto nas wykpi albo obśmieje (nawet całkiem bezpodstawnie). Ta krytyka powoduje, że czujemy się gorsze, słabsze, mniej warte niż inni. Inni, którzy czują czasem to samo (ale my przecież tego nie wiemy)…

Tak bardzo chciałybyśmy być prymuskami. Zasłużyć na miłość (a własna???). Zadowalać cały świat. Sprawiać radość. I czasem tak trudno nam to osiągnąć, bo jesteśmy tak piekielnie krytyczne wobec samych siebie. Nie odpuszczamy sobie. Nie wybaczamy. Nie akceptujemy własnych słabości. Chciałybyśmy być idealne, bo myślimy, że wtedy właśnie wszyscy nas polubią, pokochają, zaakceptują.

A Ty jak sobie z tym radzisz? Wtedy, kiedy dopadają Cię czarne myśli, kiedy myślisz, że jesteś gorsza, nieudolna, mało sprytna, naiwna…? Jakie masz sposoby żeby zapomnieć o tym, że dałaś plamę (znowu, jak zwykle…!). Objadasz się, głodujesz, upijasz, idziesz do wróżki, biegniesz na siłownię, pieczesz ciasto, lepisz pierogi i gotujesz kompot dla domowników, słuchasz głośno muzyki? Jak zagłuszasz samą siebie? I dlaczego to robisz? A jakie nagrody stosujesz kiedy coś Ci się uda? Jak fetujesz swoje zwycięstwo? Śpiewasz za kierownicą, chwalisz się przyjaciółce, kupujesz parę nowych butów? Mówisz sobie kilka ciepłych słów? Doceniasz…

Może warto poznać i oswoić siebie. Pogłaskać po główce? Polubić. To, co Ci przeszkadza, a da się zmienić-zmienić, a resztę zaakceptować? Popracować nad asertywnością (o tym w następnym tekście).

Dlaczego innym umiesz odpuszczać, wybaczać, a sobie nie?!
Od czego zaczęłam ja? Zastanowiłam się jakie mam dobre cechy, za co się lubię? A Ty? Znasz swoje mocne strony? Co w sobie lubisz? Co napawa cię dumą? Zastanów się. Może sobie napisz w kalendarzu i wracaj do tego w chwilach kiedy dopadnie Cię znowu czarnowidztwo. Kiedy znowu poczujesz, że nie jesteś taka, jaką zawsze chciałaś być. Zastanów się czego się boisz, co Cię w sobie męczy, drażni, wkurza?
Wiesz, że większość z nas łapie doły. Jedne z nas częściej, inne rzadziej. Każda (no może z drobnymi wyjątkami) czuje się czasem nie taka jak być powinna, dziwna niedostosowana, naiwna, łatwowierna, zbyt słaba, za mało asertywna, zbyt uległa. Sprawmy sobie prezent. Spróbujmy polubić, pokochać siebie. Zaakceptować. Uważam, że warto. Warto po stokroć, bo ideały są (a są?) przecież cholernie nudne! I jak potwornie przewidywalne…

Czyli co? Wybierasz tę wolność czy dalsze dążenie do bycia perfekcyjnie idealną? A może zadecydowałaś już dawno temu? Jaka jesteś? Jakich wyborów dokonujesz? Co lubisz?

 

***Tekst czytasz na własną odpowiedzialność. Nie jestem psychologiem. Nie jestem terapeutą. Co najwyżej jestem coachem we własnej BŁOGOSFERZE. Jestem też kobietą czterdziestoletnią (jak już może wiesz). Z reguły myśląca. Opisuję to, co widzę, czuję, co przeżywam. Też się potykam, też popełniam błędy, też dokonuję wyborów z których nie zawsze jestem w pełni zadowolona. Dziele się z Toba swoimi luźnymi przemyśleniami licząc, że Ty podzielisz się ze mną swoimi:-).

 

Zmień klimat w ułamku sekundy!

 

Photo by Lisolette Brunner on Pixabay

 

Podziel się tekstem z innymi:
  • 130
  •  
  •  
  • 1
  •  
    131
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.