W poprzednich częściach coraz bardziej nierozsądna farmaceutka, która zadurzyła się w zakatarzonym kliencie zaczyna być na bakier z prawem. Znalazłszy porfel niejakiego Arnolda (który niespodziewanie wpadł jej w oko) – zamiast zwrócić go  – postanawia złamać reguły uczciwego świata.

Przyznam szczerze, wbiło mnie w ziemię kiedy usłyszłam o co pyta ten chłopaczyna. Poczułam jakby świat usuwał mi się spod nóg. Czyli Arnold jest …ojcem?! Aż mną zatrząsło. Czyli, że ma żonę? A może już się rozwiódł i tylko dzieli się z byłą opieką nad tym chłopakiem? Miałam kotłowaninę myśli w głowie. Poczułam, że muszę czym prędzaj obejrzeć zawartośc portfela (no nie sądziłyście chyba, że przyznałam się temu gówniarzowi do znalezienia tej sakiewki?).

Chłopak był całkiem niepodobny do domniemanego ojca. Wysoki, pełen energii, z nosem jak kartofel. Pewny siebie, pogodny i bardzo kontaktowy. Zażartował nawet (a może mówił na serio?), że znaleźne jakie zostało obiecane za oddanie zguby jest niezwykle kuszące, więc zachęca wszystkich do szukanie tego czarnego portfela, bo się opłaci.

Nie wiem co ze mną, ale nawet obietnica (a może żart?) znaleźnego nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Co mi po znaleźnym – nawet gdyby miało rzeczywiście być? Ja marzyłam o miłości gorącej, a nie kilku stówkach, które bądź co bądź, sama mogłam sobie zarobić. Oczami wyobraźni widziałam już scenę kiedy wręczam Arnoldowi jego portfel, a on bierze mnie w objęcia i proponuje kolację w mojej ulubionej knajpie na Chmielnej. Zamówilabym pizzę z krewetkami i godzinami patrzyła w jego piękne, błękitne oczy.

Wracając jednak na ziemię. Po zamknięciu apteki popędziłam do domu -rzecz jasna z portfelem głęboko ukrytym w mojej skórzanej torebeczce. Podróż strasznie mi się dłużyła. Jakieś protesty, więc nadziałam się na korek. Potem stłuczka… Jechałam i jechałam. Kiedy otworzyłam drzwi mieszkania pies skakał z radości. Rzuciałam więc torbę na drewniany taboret stojący nieopodal drzwi wejściowych i najpierw pobiegłam na ekspresowy spacerek.

W Saskim zastałyśmy nasze zaprzyjaźnione psy i ich zwariowanych właścicieli. Fifi biegała z jamniczką Kitką i labradorem Dramatem. Moja kundliczka szczekała, tarzała się, biegała z piłeczką, szaleństwom nie było końca. Stałam obok prowadząc jakieś kurtuazyjne rozmowy z innymi zwierzolubami i przestępowałam z nogi na nogę. W końcu suczka miała dość i mogłyśmy wrócić do domu.

Na ulicy Szkolnej minęłam niespodziewanie  swojego pierwszego chłopaka. Szedł, wespół zespół, z uśmiechniętą żoną i trójką, małych jeszcze, dzieci. Udał, że mnie nie zna. A może właściwie mnie już nie znał. Dawna ja z pewnością nie podwędziłaby czyjegoś portfela. Zrobiło mi się głupio. Bo czy mam prawo przegrzebywać czyjeś rzeczy, kłamać, oszukiwać? W imię czego? Wyimaginowanej miłości czterdziestoletniej singielki?

Przygnębiona wróciłam do domu. Zasunęłam szczelnie suwak mojej torby i postanowiłam się ogarnąć. Jutro wywieszę ogłoszenie, że znalazłam portfel. Trudno. Widocznie Arnold mi nie pisany…

Arnold i Spółka (część 5)

Photo by Gades Photography on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 10
  •  
  •  
  •  
  •  
    10
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.