Moja tarczyca to histeryczka. Zajadła, zacięta i nieustępliwa. Raz łagodna i urocza, a następnego dnia pokręcona po całości. Świruje, wariuje i zmienia nastroje od lat! Raz w lewo, raz w prawo, raz pędem do przodu, a za moment dwa kroki w tył. Dość trudno przewidzieć w jakiej formie obudzi się kolejnego dnia. Jedyne co mogę zrobić to się do niej uśmiechnąć i usiłować nakłonić ją do wstawania prawą nogą.

Przez lata nabrałam do niej dystansu. Może nie nazwałabym tego sympatią, ale grzecznym przyzwyczajeniem się, że jest mi wierną towarzyszką. Ona plus codzienna porcyjka leku, który to ma za zadanie trzymać ją w ryzach.

Hashimoto to nie zabawa, to choroba. Nie przyjmowałam tego do wiadomości, bo i po co? Wole być zdrowa z defektem, niż chora bez defektu. Uznałam, że Hashimoto to tylko drobny defekt, który będę na bieżąco korygowała i kontrolowała. Każdy ma przecież jakiś swój wyjątkowy defekt?! Miałabym być gorsza:-)?

 

MIĘDZYGALAKTYCZNA PRZYGODA

Moja tarczyca zaczęła świrować niespełna dekadę temu. Najpierw działała w utajeniu, w świetnej konspiracji i choć strasznie dawała mi w kość udawało jej się skutecznie zamydlać oczy kolejnym medykom.

Pamiętam jak kilka miesięcy po urodzeniu młodszej córeczki poszłam do internisty z prośbą o przebadanie mnie, od stóp do głów, bo trę nosem o trotuar, bo śpię na stojąco, bo mam zawroty głowy i brak mi tchu. Lekarka popatrzyła na mnie  spod okularów. Zapytała czy mam dzieci i kiedy usłyszała, że i owszem wyjaśniła mi, że to przewlekłe zmęczenie nie jest NICZYM niepokojącym. Kropka. Koniec. Radź sobie sama!

Historia trwała latami. Udało mi się nawet naciągnąć lekarza na badanie TSH – posilona wiedzą dr googla postanowiłam zdiagnozować się sama. TSH było wysokie, ale w górnej granicy normy, więc kolejne lata słyszałam, że muszę zwolnić, odpocząć, zrelaksować się i tak dalej, i tak dalej… TERE FERE KUKU!

A ja? Czułam, że sił mi brak w coraz bardzie zatrważającym tempie. Wybuchałam, szalałam, irytowałam się, czasem płakałam, a czasem śmiałam się do rozpuku jak ropucha na mokradłach. Zwalałam to na rożne rzeczy. Nie tylko zresztą ja… W końcu trzeba było to wariactwo jakoś sobie wytłumaczyć! Chwilami czułam się jak KOSMITKA!

 

PIERWSZA FAZA WTAJMNICZENIA

W końcu, po wielu bezowocnych poszukiwaniach praprzyczyny mojego szaleństwa trafiłam na lekarza, który postanowił wziąć byka za rogi. Zlecił mi badanie TSH, FT3. FT4, jakieś przeciwciała, USG Tarczycy… i WYSZŁO SZYDŁO Z WORKA!

Hashimoto pokazało swoją uśmiechniętą twarz. Pogroziło mi palcem, że to dopiero początek wspólnej imprezki! A ja? Poczułam się uwolniona. Wiedzieć – to dużo!

Szczęśliwie znalazłam dobrego endokrynologa i pod jego wodzą wojuję z moją HashiHashi! Wojuję z różnymi efektami, ale jednak! Coś robię…

 

TY TEŻ SIĘ UPRZYJ! Jeśli czujesz ciągłe zmęczenie, brak sił, masz humorki, zmienne nastroje, przytyka Cię, szybko się męczysz, dyszysz, tyjesz bez powodu, swędzi cię skóra…. Nie daj się zbyć! WALCZ O SIEBIE! I pamiętaj, że jedne z nas nagle tyją, inne czują dojmujące zmęczenie, a jeszcze inne stają się po prostu nieznośne. Możesz mieć różne objawy. Czasem jeden, czasem dwa, a czasem tysiąc sto! Nie lekceważ ich!

 

MASZ BABO PLACEK

Kiedyś byłam wolnym człowiekiem. Dziś jestem wolna inaczej. Co rano łykam pastylkę, bez której ani rusz (czasem dopada mnie przerażenie -co by było gdyby mi ich nagle zabrakło). Poza tym bardziej zwracam uwagę na to co jem, choć wiem, że nie wszyscy chorzy dotknięci ta przypadłością mają kłopoty z wagą. Ja, na wszelki wypadek ruszam się i dawkuję słodycze, które kiedyś jadłam kilogramami.

Ciebie tez zachęcam żebyś nie wpadała w panikę. Hashimoto to nie wyrok. Hashimoto to drogowskaz kierujący nas w stronę większej dbałości o siebie, większej troski i miłości własnej. Z Hashimoto da się żyć. Trzeba tylko lekko zrewolucjonizować myślenie o życiu:-).

Tu dokręcić śrubę, tam poluzować, a jeszcze gdzie indziej nasmarować olejem lub całkiem coś wykręcić, wymienić – tak żeby maszyneria działała sprawnie!

 

DO BOJU, DO BOJU, DO BOJU…

Jak zdołałam się przekonać ruch jest wskazany (uff!), ALE… Bardzo intensywne ćwiczenia wymagają czasem zwiększenia dawki leku (fuu!). Kiedy tarczyca się kotłuje -intensywny ruch trzeba lekko przykręcić właśnie, odrobinkę osłabić. Było to dla mnie odkryciem. Oczywiście nie idzie tu o spacery tylko o bieganie, mocny trening gimnastyczny i wszystko co wymaga DUŻEGO wysiłku. Umiarkowany ruch zawsze jest w cenie nawet kiedy jesteśmy w tarczycowym oku cyklonu!

 

NO RISK NO FUN – ALE Z GŁOWĄ!

Hashimoto jest także czynnikiem ograniczającym, pewne zabiegi medycyny estetycznej! Warto o tym pamiętać i biegnąc do kosmetyczki czy lekarza kosmetologa nie ukrywać tej wiedzy o sobie. Może ona wpłynąć na dobór zabiegu!

Im więcej wiemy, tym lepiej. Dowiadujmy się jednak ze sprawdzonych źródeł – od lekarza tarczycowca:-), z dobrych książek. Wiedza przekazywana pocztą pantoflową potrafi narobić ogromnego bałaganu i bez sensu namieszać w głowie. Mnie skierowała w dobrą stronę, bo zaczęłam szukać, potem jednak, na chwilę, wpędziła mnie w piekielny lęk i przerażenie. Dośc długo głaskałam się po głowie żeby odzyskać utraconą równowagę…

 

HASHIMOTO JEST SEXY

Przyznam szczerze, że początkowo to HASHIMOTO bardzo mnie wnerwiało. Nie chciałam go, tym bardziej, że jest upierdliwe i nawracające mimo leczenia i dbania o siebie. Raz na jakiś czas potrafi mi ćwiknąć numer nie byle jaki. I znowu zmiana dawkowania, przykręcenie ostrego wysiłku, znowu brewerie, rechot żabi i tym podobne …

Jednak po kilku latach, a może i znacznie szybciej, nabrałam do HashiHashi dystansu. Zaakceptowałam, że jest i tyle. I nie czuję się z tego powodu ułomna, gorsza, mniej atrakcyjna czy kobieca.

Hashimoto jest sexy i tyle! Trzeba je okiełznać, a wojownicze dusze są pociągające. Też stań się wojowniczką! Nie spuszczaj nosa na kwintę – WALCZ o siebie każdego dnia!

 

JAK SOBIE RADZĘ
  • Staram się bardziej wsłuchiwać w siebie. Kiedy zauważam nagłą zmianę humoru, przyspieszenie reakcji, nakręcenie, osłabienie – wiem, że znowu muszę iść w te pędy do endokrynologa i zrobić badanie TSH. Teraz już wiem, wcześniej nie miałam pojęcia ( kiedy mam duże stresy – zawsze zaczyna mi się jazda z tarczycą…wtedy sobie średnio radzę).
  • Łykam leki nie zapominając o nich, za żadne skarby świata, i ściśle przestrzegam dawkowania – zawsze na czczo i pół godziny przed jedzeniem czy piciem (a przed badaniem poziomu TSH jestem na czczo, lek biorę dopiero po pobraniu krwi, jem dopiero po minimum dwóch kwadransach).
  • Ruszam się, regularnie się ruszam, wchodzą po schodach, biegam z córką (która wpędza mnie w kompleksy), latam z psem.
  • Kiedy dopada mnie histeria – oddycham głęboko i robię wszystko żeby się trochę wyciszyć (czasem wskakuje pod prysznic, włączam muzykę i śpiewam).
  • Staram się częściej (nawet zimą!) jeździć nad morze – jod to mój przyjaciel
  • Unikam, jak mogę, przeziębień i infekcji górnych dróg oddechowych

 

Czy Ty też jesteś wojowniczką? Witam w KLUBIE! Napisz jak sobie radzisz ze swoim HashiHashi:-). Jak dowiedziałaś się, że to właśnie TO? Podziel się wiedzą-może komuś pomożemy!

Uratuje nas spokój!

Photo by DANNY G on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 293
  •  
  •  
  •  
  •  
    293
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.