Dzieciństwo kojarzy się wielu osobom z czasem kompletnej beztroski, skakania w kałużach, wspinania po drzewach, grania w chińczyka i oglądania dobranocek. Mnie kojarzy się z czymś innym. Z marzeniem o byciu ptakiem i poszybowaniu hen, hen…

Ty, gruba! Weź coś ze sobą zrób, tak koledzy z klasy zwracali się  do mnie nader często. Byłam popychadłem. Nikt nie chciał się ze mną bawić. Właściwie nie miałam koleżanek. Byłam wstydliwa i zamknięta w sobie. No i gruba. Puszysta. Puchata. Otyła. Pulchna. Do tego niezdara i niezgraba.

Wolno biegałam, więc nikt nie chciał mieć mnie w swojej drużynie. Nie byłam ani wygadana, ani przebojowa więc w innych grach też się nie sprawdzałam. Stałam z boku. Odtrącona. Niechciana. Naznaczona tuszą.

Nie jadłam dużo. Tak mi się wydawało. Moja mama też zawsze była duża. Mawiała, że rozmiar nie ma znaczenia, a tata dodawał, że kochanego ciałka nigdy za wiele. Oni mieli do tego dystans. Nie wiedzieli problemu. Kiedy wspominałam, że mam kłopot, że dzieci uprzykrzają mi życie, przezywają i nie chcą się ze mną bawić -przytulali mnie i tłumaczyli, że to minie. Tylko tyle. Wydawało im się, że przejaskrawiam, wyolbrzymiam, więc przestałam mówić, zwierzać się.

Z czasem przywykłam, że jestem zawsze sama, nie mam z kim stać w parze, nikt nie chce się ze mną przyjaźnić. Uczyłam się średnio. Najbardziej pasjonowała mnie biologia, chemia i matematyka. Na tych lekcjach brylowałam. Z reszty byłam noga. Nie szło mi.

Kiedy kończyłam liceum byłam przekonana, że właściwie nic dobrego nie może mnie spotkać w życiu. Jestem zwykłym hipopotamem, grubasem. Czego można się spodziewać po kimś takim. Koleżanki biegały na randki, a ja siedziałam w domu i zajadałam stresy tyjąc jeszcze bardziej. Kiedy wreszcie waga pokazał sto kilogramów postanowiłam coś z tym zrobić. Już nie mogłam na siebie patrzeć. Zwały tłuszczu i nic więcej. Mama, widząc jak cierpię, zapisała mnie do dietetyka. Poszłam bez entuzjazmu jednak z nadzieją. I nie pomyliłam się.

Wcześniej wielokrotnie próbowałam się odchudzić. Na własną rękę. Stosowałam setkę różnych diet, ale bez efektu lub z efektem jojo. Karmiłam się tylko warzywami, potem samymi owocami, następnie tłustym mięsem. Unikałam węglowodanów, nie łączyłam pewnych pokarmów. Cudowałam, kombinowałam, tkwiłam godzinami w kuchni.

Lekarz zadawał mi mnóstwo pytań, zważył, zmierzył i ułożył plan działania idealnie dobrany dla mnie. Nie powiem, początkowo było ciężko. Najwięcej problemów sprawiała mi aktywność fizyczna. Nie byłam przyzwyczajona do ruchu. Szybko się męczyłam, opadałam z sił. No i ta niemożność przekąszania tym, co lubiłam -batonikami. Początkowo było cholernie ciężko, ale wraz ze spadkiem wagi czułam się coraz bardziej zmotywowana. No i wcale nie głodowałam. Syta i coraz szczuplejsza – niemożliwe się realizowało.

Odchudzanie było trochę niczym droga przez mękę i kosztowało dużo pracy, ale opłacało się. Gubiłam kilogramy, byłam pogodniejsza, zaczęłam się otwierać na świat i ludzi. Z radością patrzyłam w przyszłość. Nagle okazało się, że koleżanki z klasy zaczęły mnie zauważać. Znaczy w pierwszej kolejności zauważały to, że jest mnie coraz mniej. Podpytywały co jem, co ćwiczę. Stałam się kimś ciekawszym. Z silnym charakterem. Widziałam, że im zaimponowałam. Moje życie stało się pogodniejsze.

Maturę zdałam nieźle, a co najważniejsze udało mi się dostać do wymarzonej szkoły pielęgniarskiej. Wszystko powoli zaczynało się układać. Spełniałam swoje marzenia.

Zdołałam zaprzyjaźnić się ze zdrowym stylem życia. Po rok ważyłam siedemdziesiąt kilogramów, a po dwóch pięćdziesiąt pięć. Wyglądałam jak, nieprzymierzając, szczypiorek. Wreszcie byłam smukła. Pamiątką po dawnych czasach były rozstępy, trochę luźniejszej skóry, ale i z tym było coraz lepiej. Regularnie biegałam, chodziłam na basem i ćwiczyłam w domu. W szkole byłam jedna z lepszych. Po jej skończeniu i praktykach dostałam ciekawą pracę. Robiłam to, co lubiłam. Utaczałam ludziom krew, sprawdzałam ciśnienie, pomagałam. Zawsze tego chciałam. Być przydatną, robić coś dobrego dla innych.

Reżim i ciężka praca nad sobą wyznaczały mi rytm dnia. Nic nie przychodziło za darmo. Każdego dnia musiałam się mobilizować. Nie powiem, ćwiczenia lubiłam, ale czasem też mi się nie chciało. Po prostu. Po ludzku. Miewałam lenia. Gdybym nie trzymała samodyscypliny byłoby krucho. Jednocześnie całkiem inaczej patrzyłam na ludzi otyłych. Było mi ich zwyczajnie żal. Wiedziałam z czym się borykają, z jaka presją musza żyć i jak często siebie nie lubią, nie akceptują, gardzą sobą. Dobrze pamiętałam te oszustwa którymi sama siebie częstowałam. Jedna czekolada wieczorem nikomu nie zaszkodzi! Pączek, to tylko ciastko. Nikt nie umarł od lodów z bitą śmietaną… Dobrze pamiętałam tez wyrzuty, które sobie robiłam. Pogardę dla samej siebie i wstyd.

Nie zapomnę tego dnia. Była wiosna. Obudziłam się razem z przyrodą. Na nowo. Dzięki impulsowi. Na badania przyszła młoda dziewczyna. Puchata. Puszysta. Pełna. Gruba. Otyła. Była tak bardzo smutna. Sama z siebie zaczęła opowiadać mi, że jej życiu brakuje sensu, bo nikt jej nie lubi włącznie z nią samą. Jest słonicą, grubasem, paskudą. Niczego nie może sobie kupić, bo we wszystkim wygląda jak szafa czterodrzwiowa. Ma ogromny brzuch pokryty rozstępami i bardzo niskie poczucie własnej wartości. Zobaczyłam w niej siebie sprzed lat.

Nigdy wcześniej nie mówiłam nikomu z pracy o swojej tłustej przeszłości. Bo i po co? Strasznie zrobiło mi się żal tej zagubionej, młodej osóbki. Wyjęłam z portfela swoje zdjęcie z dzieciństwa i jej pokazałam. Zapytała kto to jest. Powiedziałam, że ja ledwie kilka lat temu. I że chcieć, to móc. Że warto się uprzeć. Że dzięki wizycie u dietetyka i swojej ciężkiej pracy moje istnienie znowu pełne jest radosnych barw. Widziałam, że dziewczyna dostrzegła promyk nadziei. A ja – właśnie wtedy zorientowałam się, że jestem fantastyczną babką i że skoro dokonałam takich cudów ze sobą to teraz czas szukać miłości. Zasłużyłam! Czułam, że jestem gotowa…

To był jakiś taki kolejny punkt zwrotny w mojej egzystencji. Poczułam się wolna. Jak ptak. Wolna od kompleksów, ociekających wstydem wspomnień. Wcześniej nie dopuszczałam nawet myśli, że mogę z kimś dzielić kubek na szczoteczki do zębów, że mogłabym się przed kimś rozebrać i z ubrań, i z tajemnic. Sama chodziłam do kina, a na ploteczki umawiałam się z koleżankami ze szkoły pielęgniarskiej.

JEGO poznałam właśnie dzięki swoim „siostrzyczkom” ze szkoły. Jest starszym bratem jednej z nich. Samotnie wychowuje syna. Jest trochę przy kości, ale wcale mi to nie przeszkadza. Skoro jest szczęśliwy?! Ujął mnie delikatnością, taktem i fantastycznym poczuciem humoru. Widzieliśmy się dotąd raz. Na imprezie. Zaiskrzyło. Wymieniliśmy się telefonami. Kilka dni temu się odezwał i zaproponował spotkanie.

Jutro idę na pierwszą randkę. Denerwuję się tym prawie tak mocno jak maturą z polskiego. Ubiorę się skromnie, ale kobieco. I nikogo nie będę udawała. Niczego nie będę ukrywała. I może nawet zjem trochę pizzy, bo ON zaproponował spotkanie w pizzerni. Teraz zamierzam się cieszyć z życia. Wiem, jak dużo zależy od nas samych. Żeby odkryć w sobie gotowość na miłość musiałam najpierw pokochać siebie. Teraz mogę już spokojnie pokochać także mężczyznę. A może właśnie spotkałam miłość życia? Kto wie…

Trzymajcie za mnie kciuki! Proszę!

Do trzech razy sztuka…

Photo by Håkon Helberg on Unsplash

 

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.