Mój mąż poza mną zawsze miał jeszcze jedną kobietę

Wyszłam za mąż za człowieka, którego kochałam i wydawało mi się, że to wystarczy. Że to dość, by jakoś to wszystko poukładać i cieszyć się szczęściem do końca życia.


Kiedy byłam młoda wszystko zdawało się być proste. Proste i nieskomplikowane. Czarno – białe. Starszy o osiem lat chłopak, którego poznałam jako siedemnastolatka, nie miał więc żadnych wad. Przynajmniej ja ich nie dostrzegałam. Matka miała zgoła inny ogląd sytuacji. Nie pasował jej. Był za stary i za przystojny. Zbyt pewny siebie i za bardzo apodyktyczny. No i jeszcze ta jego egzaltowana matka i gburowaty ojciec, ale o tym moja rodzicielka dowiedziała się znacznie później.

Podobało mi się, że wie czego chce i niczego się nie boi. Byłam w liceum, a on młody prawnik z koneksjami zaczynał robić karierę w kancelarii ojca chrzestnego. Skończył studia, zdobył praktykę i działał. Bez kompleksów i zgodnie z planem.

Ależ on był przystojny

Poznaliśmy się w kinie. To była nieco pokręcona historia, przynajmniej z mojej perspektywy. Poszłam tam z koleżanką, a on z narzeczoną. Zauważyłam go przed seansem, bo mimo uwieszonej na szyi towarzyszki, nie mógł oderwać ode mnie wzroku. Po seansie przeprosił znajomą, podszedł do mnie i dał mi swoją wizytówkę prosząc bym następnego dnia popołudniu koniecznie do niego zadzwoniła. Był nieziemski. Nachylił się i szepnął mi do ucha, że przeprasza, ale zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia i nie przeżyje, jeśli się z nim nie umówię. Musnął ustami moje włosy, wrócił do skonsternowanej szatynki i głośno dyskutując wyszli z kina. Zamykając drzwi, w ogóle się nie krępując, puścił mi jeszcze oczko. Chwilę stałyśmy z koleżanką jak wryte. Nie wiedziałam co myśleć. Tandeciarz? Babiarz? A może rzeczywiście się zakochał, ale że we mnie? Naprawdę?! Był nieziemski, strasznie męski, przystojny i postawny. Miał piękny głos i niesamowite spojrzenie. Zastanawiałam się, co we mnie zobaczył. Koleżanka stwierdziła, że trafiło mi się jak kurze ziarno.

Czułam, że nie dorastam mu do pięt

Następnego dnia nie zadzwoniłam. W kolejnych dniach również. Było mi głupio. Brałam telefon do ręki, wykręcałam numer i kasowałam. Zdecydowałam się po tygodniu. Poszłam na imprezę, na której było bardzo nudno i z tej nudy chyba przełamałam strach wybierając numer i łącząc się z przystojniakiem z kina. Odebrał po trzecim sygnale, właśnie, kiedy miałam się rozłączyć. W tle słyszałam jakiś kobiecy głos, który zaklasyfikowałam jako należący do jego matki, a może siostry? To przecież niemożliwe, żeby kogoś miał, skoro zakochał się we mnie?! Przypomniałam kim jestem, a on wyraźnie się ucieszył, ale rozmawiał dziwnie. Półsłówkami. Przeprosił mnie na moment, skądś chyba wyszedł i wtedy zaczęliśmy rozmawiać na luzie. Rozmowa się kleiła. Czułam jakbym znała go od zawsze.
Spotkaliśmy się jeszcze tego samego wieczora. Odebrał mnie z imprezy. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby się z nim umówić tak ekspresowo. Byłam naiwna, a może strasznie chciałam wierzyć, że jestem dla niego taka wyjątkowa. Najbardziej wyjątkowa na świecie.

Zabrał mnie na późną kolację, a potem odwiózł do domu. Imponowało mi to, że idziemy do dobrej restauracji, że ma swój samochód, że odsuwa krzesło, kiedy siadam przy stole, otwiera drzwi do samochodu, kiedy wsiadam. Cały wieczór czarował, uwodził i opowiadał o sobie nie pytając za dużo i nie ciągnąc mnie za język. Trochę się spiął, kiedy usłyszał, że nie skończyłam osiemnastu lat, ale szybko mu przeszło i do tematu wieku nie wracaliśmy.

Wydawał się być ideałem

Po tym pierwszym spotkaniu były następne. Koncert, kino, teatr, opera, spacery po Łazienkach, Powsinie. Bliskość rodziła się między nami wolno. Nieśmiało. Nawet mnie to dziwiło zważywszy na to, że był ode mnie tyle starszy. Zawsze podwoził mnie pod klatkę i odjeżdżał. Nie proponowałam mu, żeby wchodził, bo wiedziałam dobrze jak zareaguje na niego moja matka. Był mężczyzną, a nie chłopakiem. Nie pasował do jej jedynaczki, był za stary. Jej pytania o to z kim się umawiam zbywałam jak mogłam. Wymyśliłam jakiegoś rówieśnika i brnęłam w te kłamstwa.

Pewnego dnia, mama napatoczyła się na nas, kiedy spacerowaliśmy po Wilanowie. Pech chciał, że umówiła się tam z koleżanką i niemal na siebie wpadłyśmy. My wychodziliśmy z kawiarni, a one do niej wchodziły. Przywitaliśmy się, przedstawiłam jej Aleksandra nie patrząc w oczy, a on? Pocałował w rękę, kurtuazyjnie chwile porozmawiał i wyszliśmy.

W domu miałam awanturę wszechczasów i wykład, że popełniam jej błąd. Że ona też zakochała się w moim ojcu jako smarkula, a potem została samotnie wychowującą mnie matką, bo tatuśka znudziła szara rzeczywistość i wrócił do kawalerskich przyzwyczajeń. Gdyby była starsza, nie tak naiwna – ta historia miałaby inne zakończenie. Wytłumaczyłam jej, że wprawdzie Aleks też jest starszy to na ty koniec podobieństw. Choć spotykamy się od kilku miesięcy – zachowuje wstrzemięźliwość i nawet nie próbuje mnie uwieść, jest odpowiedzialny, skończył studia, ma dobra pracę i przyszłościowy fach. Zapytałam czy z ojcem było tak samo, ale nie uzyskałam odpowiedzi. Obie wiedziałyśmy, jak było…

Matka wreszcie zaakceptowała mój wybór

Temat Aleksa ucichł. Matka, po kilku bezowocnych dyskusjach, zakończyła wykłady. Mój chłopak zaczął się u nas pojawiać. Trochę się wstydziłam, że mieszkanie tak skromne, ale jakoś mi przeszło, bo on nie widział w tym problemu. Dziwiło mnie tylko, że on nie zaprasza do siebie, ale pewniej soboty i to się zmieniło.

Mieszkał w apartamentowcu. Miał fajne, spore, sterylne mieszkanie urządzone ze smakiem przez znajomą architektkę. Dostał je od rodziców po obronie pracy magisterskiej. Na dobry start. Byłam zachwycona. Nie dopytywałam czemu do tej pory nigdy wcześniej nie wpadł na pomysł, żeby mnie zaprosić do siebie. Jakby czytając mi w myślach, wyjaśnił, że jestem sporo młodsza i nie chciał być opacznie zrozumiany. Nie interesują go przelotne znajomości i szanuje mnie. Tego wieczora kochaliśmy się pierwszy raz. Było okropnie, ale czytałam, że tak jest czasem za pierwszym razem. Aleks był mało delikatny, skupiony na sobie i tylko pozornie czuły. Miała wrażenie, że traktuje mnie nie jak kobietę, którą kocha, a raczej jak zabawkę. Byłam rozczarowana. Powiedziałam mu, że to było okropne przeżycie, wzruszył ramionami mówiąc, że tak bywa, ale z czasem się poprawi. Że trzeba nad tym popracować. Interesowało go tylko to, co on czuje. Wtedy jednak nie myślałam o tym w ten sposób. Nie zauważałam albo bagatelizowałam miliony nieakceptowalnych zachowań mojego dorosłego chłopaka. Tłumaczyłam je sobie na wiele sposobów.

Z czasem matka przyzwyczaiła się do Aleksandra, ja poznałam jego rodziców. Zaakceptowałam to, że byli dość dziwni i strasznie nadęci. Musiałam to zrobić, bo nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Tego wygodnego życia okupionego tysiącem wyrzeczeń, jego niezliczonych wad, które umniejszałam jak mogłam. Życia pełnego rygorów, zakazów, ocen, oczekiwań. Tego nie wypadało, to trzeba, bo tak, a tego nie, bo nie albo bo on chce i koniec.

Przez chwilę zadurzyłam się w kimś innym

Na pierwszym roku studiów poznałam kogoś. Szczerze powiedziawszy przez chwilę myślałam nawet na poważnie o odejściu od Aleksa. Chyba się zauroczyłam tym delikatnym chłopakiem, który patrzył na mnie jak nigdy nikt, ale wszystko się jakoś głupio poukładało, a ja zaszłam w ciążę i wszystko się zdezaktualizowało.

Zamieszkałam z Alkiem choć mama próbowała zatrzymać mnie w domu. Nawarzyłam piwa, to je wypiję, myślałam przełykając łzy. Kochałam go i nienawidziłam równocześnie. A on? Z jednej strony mnie rozpieszczał drogimi prezentami, a z drugiej całkiem nie brał pod uwagę moich potrzeb i oczekiwań. Znikał na całe noce, a potem pachniał damskimi perfumami. Nie przychodził, mimo że byliśmy umówieni, a potem, gdy się zjawiał udawał, że wszystko jest w porządku, a problem jest we mnie.

Traktował mnie okropnie

Upokarzał mnie przy wspólnych znajomych. Mówił, że jestem niedojrzała, niepoważna histeryczka. Czasem, kiedy mieliśmy różnice zdań, zdarzało mu się powiedzieć, że złapałam go na dziecko, że jestem utrzymanką pozbawiona jakichkolwiek ambicji, bo przecież nie pracuję i nadal się uczę, albo że związek ze mną był wielkim błędem. Kiedy płakałam wychodził. Jeszcze przedtem rzucając w powietrze, że słowa wypowiadane w kłótniach się nie liczą, bo to tylko pompowane złością emocje, które mijają.

Uczyłam się, zdawałam kolejne egzaminy, potem urodziłam Amelkę i… było coraz gorzej. Kiedy rodziłam – zniknął. Nie zawiózł mnie do szpitala, bo miał pilny wyjazd służbowy – z czegoś musiał mnie utrzymać, jak mi rzucił przez telefon. Dzieckiem się nie zajmował. Przeniósł się do osobnej sypialni i właściwie całkiem przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Potem przychodził tylko wtedy, kiedy miał ochotę na seks.
Czułam do niego coraz większa niechęć. Powoli stawaliśmy się sobie coraz bardziej obcy. Kiedy jego rodzice zaczęli wspominać o ślubie, bo przecież mamy dziecko i co na to ludzie – coś we mnie pękło. Na rodzinnym obiedzie powiedziałam, że ślubu raczej nie będzie, bo Aleks kocha wyłącznie siebie. Wykrzyczałam, że nie zajmuje się córką, nie ma pojęcia co ja czuję i nawet nie usiłuje udawać, że mu na nas zależy. Nie zaprzeczył, ale zrobił się purpurowy. Walnął pięścią w stół, rozbijając kieliszek, i stalowo obojętnym tonem stwierdził, że o ślubie porozmawiamy w domu, bo nie życzy sobie przedstawień.

Poszliśmy na terapię par

Matka wymusiła na nim żebyśmy poszli na terapię par. Nawet w trakcie spotkania wychodził, bo stale ktoś do niego wydzwaniał. Byłam przekonana, że jesteśmy w tym związku we trójkę. Ja, on i stale ktoś inny na doczepkę. Ktoś, kto chętnie, z niegasnącym entuzjazmem, słucha jego historii i podziwia elokwencję, maniery i cięty humor. Byłam tego pewna od całkiem dawna. Od dnia, kiedy zadzwoniła do mnie jakaś kobieta, żeby mi powiedzieć, że sypiał z nią przez ostatnie pół roku, ale porzucił ją dla kogoś innego. Chciała się zemścić, więc włączyła mnie w ta historię informując, że Aleks stale się skarżył, że jestem oziębła i nic, poza dzieckiem, już nas nie łączy. Podniosłam tę kwestię na terapii, parsknął tylko szyderczym śmiechem, prosząc wpatrzoną w niego terapeutkę, żeby sama zobaczyła z czym musi się mierzyć na co dzień. Jak można się było spodziewać – wizyty u psychologa nic nie dały.

Któregoś dnia, kiedy był w kolejnej weekendowej delegacji, wyprowadziłam się do mamy. Miałam dość tego wszystkiego. Tej samotności, tego poniżania. Córeczka rosła i miała coraz większą świadomość tego, co dzieje się w domu. Gołym okiem było widać, że coś bardzo nie gra między rodzicami.

I nagle stał się cud… Kilka miesięcy o nas walczył. Jakby się ocknął. Znowu umawialiśmy się na pseudo randki, spacery. Wróciło coś, co było kiedyś. Zabierał małą na place zabaw, chodził z nią do Zoo, a mnie prawił komplementy i przepraszał za wszystko obiecując poprawę i przysięgając miłość do grobowej deski. Mimo sprzeciwu matki postanowiłam w końcu dać mu drugą szanse i ponownie wprowadziłam się do naszego wspólnego mieszkania.

Wyszłam za mąż, zaraz wracam?

Po miesiąc sielanki wzięliśmy cichy ślub. Nie obyło się bez zgrzytu, bo kazał mi podpisać intercyzę. Nie zrobiłam tego na szczęście, jednak wtedy, z jakiś niezrozumiałych dla mnie przyczyn ugiął się. Zależało mu na naszym związku? Nie wiem.

Po kilku miesiącach miodowych, jak można się było spodziewać, wszystko wróciło do normy, a ja kolejny raz byłam w ciąży. Znowu znikał, olewał mnie, wyprowadził się do osobnego pokoju, odpisywała na smsy w nocy i wybuchał bez wyraźniej przyczyny.

Na zewnątrz trzymał jednak fason. Koleżanki z pracy, bo odkąd córka skończyła trzy lata, a ja się obroniłam zaczęłam pracować – zazdrościły mi takiego męża. Mówiły, że przystojny, elegancki, kulturalny, świetnie ubrany i tak dalej i tak dalej. Był łakomym kąskiem i dobrze o tym wiedział. Korzystał z tego bez umiaru.

Koszmar przybrał na sile, kiedy na świat przeszedł Janek. Znowu zaczęły się pretensje, żale, obarczanie mnie winą za zło całego świata. Znowu słuchałam, że jestem leniwa, bez temperamentu, wiecznie zmęczona i stale chodzę w dresach. Zaproponowałam układ. W tygodniu funkcjonujemy osobno -ja wychowuję dzieci, a ona pracuje. W weekendy próbujemy spędzać czas razem i oboje robimy, co w naszej mocy, by w domu panował spokój. Było ciut lepiej…

Wreszcie poznałam prawdę – stale byłam tą trzecią

W rocznicę ślubu wybuchła afera. Znowu zadzwoniła do mnie jakaś kobieta informując, że maż mnie zdradza i nie kocha. Kocha za to ją, a ja im stoję na przeszkodzie. Biedny, nie może się ze mną rozwieść, bo nie ma intercyzy i za dużo bym mu zabrała. Podziękowałam Pani za pomoc w uszczęśliwianiu Aleksa i zapytałam go wprost – kim jest niejaka Matylda. Nie zaprzeczał, nie wymyślał. Stwierdził, że to tylko kolejna kochanka, a słowa o tym, że ją kocha są grubą nadinterpretacją i solidnym nadużyciem. Mówił też, że przecież prawdziwy facet musi się wyszumieć i żebym olała sprawę, bo są rzeczy istotniejsze od jego przygodnych miłostek, które i tak nie mają większego znaczenia. Potem jeszcze powiedział, że od zawsze ma kogoś na boku. Jak mnie poznał to był zresztą nawet zaręczony, a kiedy się zaczęliśmy spotykać to jeszcze z kimś mieszkał.

Są takie sytuacje, kiedy człowiek czuje, że nigdy nic nie będzie już takie samo. Ta rozmowa była przełomem. Zrozumiałam, że mój mąż nigdy się nie zmieni. Że jest kobieciarzem, może uzależnionym od seksu nałogowym kłamcą i że kocha wyłącznie siebie. Jakie miałam wyjście? Mogłam albo się z nim rozwieść, jak moja matka, albo zaakceptować, że tak jest i żyć jakby nigdy nic. I co zrobiłam? Usiadłam do stołu negocjacyjnego. Kolejny raz na chłodno ustaliłam zasady. Żyjemy razem, choć osobno. Mamy własną przestrzeń i prawo do swojego życia, ale łączą nas dzieci i wspólne weekendy. Matka stukała się w czoło…

Stare Dobre Małżeństwo?

Od tamtego momentu minęło piętnaście lat. Córka studiuje za granicą, syn jest w liceum. Kupiliśmy duży dom, w którym można się zgubić. I gubimy się w nim, czasem odnajdujemy. Pracuję i zarabiam, więc już nie wysłuchuje dyrdymałów na swój temat. On jest właścicielem szanowanej kancelarii prawnej, jednej z większych w Warszawie. Pewnie stale kogoś ma na boku, ale nie interesuje mnie to. Tak ustaliliśmy. I wiesz co, może to dziwne, ale zgaduję w tym życiu jakiś sens. I chyba jestem bardziej szczęśliwa niż gdybym miała, jak moja matka, ciągłe pretensje do świata i poczucie przegranej. Na zewnątrz jesteśmy małżeństwem idealnym. Gramy razem w tenisa, organizujemy przyjęcia i spacerujemy trzymając się za ręce. Mamy układ, który sprawia, że każde z nas jest wolne na swój sposób, a dzieci mają pełen dom.

Myślisz, że podjęłam złą decyzję?

 

 

Zapraszam na inne opowiadania

Miłość nie wybiera. Zakochałam się w młodszym!

O mężczyźnie, który spadł mi z nieba!

Moja matka KRÓLOWA ŚNIEGU

 

Photo by Allef Vinicius on Unsplash

 

 

 

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.