W poprzedniej części Anna uświadomiła sobie, że nie chce dłużej być starą panną fotografowaną jedynie w towarzystwie suczydła. Pragnęła ułożyć sobie życie u boku Arnolda i wreszcie przestać wariować. Łatwo powiedzieć…

Nie wyobrażałam sobie, że kolejne lata upłyną mi w ten sam sposób. Każdego dnia to samo z wyjątkiem Świąt kiedy to pakowałam się w walizeczkę i gnałam do rodziców. No jeszcze były urodziny, imieniny i tego typu “szaleństwa”. W prezencie dostawałam zazwyczaj kolejną orchideę w doniczce, ciepłe galoty, krem do twarzy albo jakiś zapach. Najlepiej Diora, bo taty zdaniem właśnie ta firma była synonimem luksusu. Przyznaję, perfumy lubiłam otrzymywać, ale kwiatów miałam w domu już tyle, że mogłam z powodzeniem zatrudnić ogrodnika (kurczę, że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy!). Ale wracając do początku -nawet wakacje spędzałam samotnie lub kątem – przytulona do Ewy i jej rodziny. Miałam już tego dość.

Patrzyłam znad zdjęć na roztrzęsioną mamę. Choć wydawało się, że tatę lada chwila wypiszą i nie dzieje się z nim nic wielce niepokojącego – mama zdawała się cała trząść. Dygotała. Wstałam i przytuliłam jej delikatne, pomarszczone ciałko. Zdała mi się być teraz taka krucha i bezbronna. Jakby brak taty wypompował z niej, co najmniej połowę powietrza. Pomyślałam, że samotność jest straszna, a lęk przed utratą wieloletniego przyjaciela i osoby na której można polegać – jeszcze gorszy. Mama wtuliła się przez chwilę we mnie po czym energicznie odskoczyła ocierając ukradkiem dwie nieproszone łzy. Wiedziałam, że boi się co z nią będzie jakby co…

Kiedy trochę doszła do siebie i wreszcie usiadła, przyszło mi do głowy, że nawet nie wiem czy chciałaby mieć wnuka. Nigdy nie namawiała mnie na małżeństwo, lubiła wszystkich moich ukochanych, ale żaden nie oczarował jej chyba do tego stopnia żeby zaczęła mnie namawiać do zawarcia związku małżeńskiego. Zresztą kto wie. Może gdyby robiła mi dziurę w brzuchu już dawno byłabym Panią Malinowską, Kowalską czy Horbaczeską. I może wcale nie byłoby to takie złe? Gotowałabym, robiła zakupy, ogarniała dzieci i męża. Może czułabym się bardziej na swoim miejscu niż teraz. Kiedy mama spojrzała na mnie zapytałam czy nie marzyła kiedyś o wnuku. Ku mojemu zaskoczeniu zareagowała tak jakby od piętnastu lat spodziewała się, ze kiedyś zadam jej wreszcie to pytanie.Popatrzyła na mnie ciepło i powiedziała, że od lat nie traci nadziei. A ja się uczepiłam tej myśli…

Długo nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się który z moich partnerów byłby najlepszym mężem, czy którykolwiek w ogóle się do tego nadawał. Myślałam nad tym dlaczego do tej pory nie udało mi się nadal stworzyć normalnej rodziny, czego szukałam, przed czym uciekałam i czemu zawsze tak pioruńsko bałam się zaangażować w rodzące się uczucie. W myślach widziałam sobie z gromadką rozwrzeszczanych, ślicznych dzieci. Byłam uśmiechnięta, rozpromieniona. Na gazie bulgotało leczo, w tosterze podgrzewało się pieczywo. Czułam, że mimo upływu lat wszystko jest jeszcze możliwe, że te marzenia mogą się jeszcze spełnić, że wszystko co najlepsze przede mną.

W nocy obudził mnie sen. Śniło mi się, że odwiedził mnie Arnold z bukietem kwiatów, szampanem i pierścionkiem zaręczynowym ukrytym w czarnym, atłasowym pudełeczku. Obudziłam się rozmarzona, stęskniona i wściekła na swoją amnezję. -Co za czasy, myślałam. Kiedyś znałabym numer do Arnolda na pamięć. Teraz pamięć jest przenośna. Ukryta na twardym dysku komórki, a nie w głowie. Miałam do siebie żal choć podskórnie wydawało mi się, że panuję nad sytuacją. I że jeśli Arnold zechce się obrazić nie będzie wart żeby w przyszłości lepić mu te pierogi, smażyć udka kurze i wyczyniać inne cuda w kuchni.

Dziwnym trafem trzydniowy pobyt w domu rodziców, z dala od WiFi, telefonu i codzienności sprawił, że chyba wreszcie, na spokojnie, poukładałam sobie wszystko w głowie. Jakbym przeszła przez jakieś tajemnicze wielobarwne drzwi nadziei albo przez zaczarowane spokojem lustro. Tata wyszedł ze szpitala cały i zdrowy, a ja wsiadłam w auto i wybrałam się w drogę powrotną. Pełna spokoju i wiary, że świat na mnie poczeka. Że marzenia są na wyciągnięcie ręki!

Kiedy podjechałam pod klatkę zobaczyłam kilka wozów straży pożarnej i całą armię policjantów. -Witaj w domu wariatów, pomyślałam lekko zdenerwowana… W mojej głowie czaiło się już kilka obaw, lęków i całkiem pokaźny strach. A co jeśli to coś u mnie w mieszkaniu…?!

Arnold i Spółka (cz.21)

 

Photo by Federica Diliberto on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 9
  •  
  •  
  •  
  •  
    9
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.