Poranek, mimo wyczerpania i zmęczenia był słoneczny i obiecujący. Zrobiły sobie z Zuzką puszyste omlety na śniadanie, wypiły sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy. Przeprosiła młodszą córkę, za to, że ostatnio była nieobecna i oschła. Obiecała, że postara sie wszystko zmienić.

Umówiły się, że pójdą po Karolinę razem zabierając ze sobą także psa. Poprosiła tylko Zu, żeby dała jej chwilę na rozmowę z Karo w cztery oczy. Musiał a w końcu wyjaśnić sobie ze zbuntowaną nastolatką całą tę sytuację na osobności. Młodsza latorośl sprawiała wrażenie, że dobrze rozumie sytuację i obiecała umożliwić jej tę matczyna interwencję.

Dzień był pogodny choć chłodny i wietrzny. Słońce świeciło na cały regulator dodając jej animuszu i wiary w powodzenie całej akcji. Kierując się w stronę jej rodzinnego domu rozmawiały sobie radośnie o tym, co im w duszy grało. Najpierw było wesoło, ale z czasem dotknęły trudnych tematów. Dowiedziała się, że Zuza ma duże kompleksy spowodowane tuszą. Przyznała jej się również, że czuje się winna całej tej sytuacji między nią, a Igorem, mimo, że pani psycholog stara się pomóc jej zaakceptować to uczucie i przestać się obwiniać. Była zaskoczona. Zszokowana otwartością młodszej córki i zatroskana tym, co usłyszała. Niby mogła się domyślić, ale wiedzieć, a podejrzewać to jednak całkiem coś innego.

Im bliżej były celu, tym większa czuła tremę. Czy uda jej się znaleźć nić porozumienia z Karoliną? Czy będą umiały ze sobą szczerze pogadać, jak niegdyś? Wiedziała, że coś się zmieniło. Czuła, że traci kontrolę nad wszystkim…

W drzwiach mieszkania przywitała ich jej mama. Popatrzyła  na nią z ukosa machając jedynie na powitanie ręka. Mocno przytuliła Zuzankę proponując jej spacer. Ubierając się w elegancki płaszczyk syknęła do córki, jakby mimochodem, żeby nie spieprzyła wszystkiego.  To nie było miłe. Joanna poczuła się zraniona i zdradzona? Jakby jej własna matka z córką stworzyły front przeciwko niej.

Karola siedziała przy stole w kuchni. Naburmuszona, nadęta i z całą pewnością nastawiona raczej bojowo niż ugodowo. Przywitała się z nią oschle trzymając dystans. Stwierdziła, że chciałaby ja poinformować o tym, co już ustaliły z babcią, że jeśli przeprowadzka do domu nabierze realnych kształtów – przeniesie się do niej i zostanie w Śródmieściu, bo nie zamierza się nigdzie ruszać. Jest wolny pokój. Przeniosą jej meble i tyle. I koniec pieśni, jak to ujęła wydymając usta i robiąc minę obrażonej królewny. Nie będzie dojeżdżała i marnowała czasu stojąc o poranku w korkach. W nosie ma hamak, ogród i sypialnię z łazienką. Jej życie zakotwiczone jest w Warszawie i koniec. Poza tym jest zakochana z wzajemnością i nie zamierza odbierać sobie możliwości widywania Kuby, ani rezygnowania z zajęć dodatkowych na które z przyjemnością chodzi, a mieszkając na zadupiu musiała wybierać.

Joanna z całej siły trzymała nerwy na wodzy, choć bliska była wybuchu. Czuła się rozżalona. Czyli decyzje zapadły poza nią. Ciekawe. Tylko co teraz? Powinna zaśmiać się w córce w twarz i powiedzieć, że po jej trupie, pokazać kto tu rządzi czy może zagrać w tę grę? Właściwie co miała do stracenia? Skoro młoda chciała zakosztować życia z wymagająca babcią i dziadkiem lekkoduchem – niech spróbuje. Wolna droga. Była pewna, że szybko ucieknie do nich przepraszając za ten niewyobrażalny błąd. Przecież jej matka nie mogła się aż tak zmienić. Była przekonana, że wyznaczy Karolinie, jak niegdyś jej, godziny snu, czas posiłków i wypiłuje słownictwo wprowadzając reżim i kontrolę. A może to i dobry pomysł? Prawdziwa szkoła życia… Gryząc się w język i oddychając głęboko powiedziała córce, że musi temat przedyskutować z ojcem, ale to rozwiązanie wydaje jej się możliwe do zrealizowania. Skoro ustaliły z babcią… Chciałaby tylko dogadać szczegóły i zadać jej kilka pytań w związku z Kubą, bo relacja z dużo starszym chłopakiem niesie ze sobą spore ryzyko. Karolina nie dała jej dokończyć. Podziękowała za przychylną reakcję zapewniając, że wie co robi wiążąc się z Kubą. Przypomniała jej również, że sama była przecież KIEDYŚ młoda i pewnie tak jak ona teraz – chciała robić to, co uważała za stosowne. Stosowny był związek z Kubą i, w jej odczuciu, nie łączył się z żadnym ryzykiem. A nieplanowana ciąża? Uśmiechnęła się pod nosem. Nieplanowana ciąża nie wchodzi w grę, oznajmiła radośnie informując, że zdecydowanie wie co ma robić…

Ta rozmowa była chropowata, trudna i najeżona emocjami schowanymi pod wygładzonymi słowami. Obie grały hamując złość i irytację. W końcu jednak Karolina pękła. Wyrzuciła jej, że ma po dziurki w nosie tego, co dzieje się w domu. Stwierdziła, że nie jest ślepa, wie o jej romansie z Pawłem i skokach w bok ojca. Nawet nie musiała prowadzić wielkiego dochodzenia, bo wszystko było widoczne na pierwszy rzut oka. Ojciec miał wypadek, wychodząc od kobiety z która łączył go romans, a ona w tym czasie zabawiała się z kochankiem strugając potem troskliwa żonę. I to dlatego nie odbierała telefonu. Dlatego zapadła się pod ziemie. A teraz prawi jej morały i opowiada o relacjach damsko-męskich. Niby jakim prawem?! Ona wie i bardzo dziwi się, że po tym wszystkim chcą być z ojcem jeszcze razem. Bo to wszystko jest obrzydliwe, nieszczere i wyrachowane. Zero uczciwości, odpowiedzialności i odwagi cywilnej. Przecież mogli wszystko sobie wywalić, wziąć winy na klatę, oczyścić atmosferę i dopiero potem próbować tworzyć coś na nowo, a nie tak. Kłamstwo, pogania kłamstwem. I jeszcze teraz ta udawana idylla. To wicie gniazdka. Poszukiwanie prywatnego edenu…

Słuchała tego bez słowa. Czuła wstyd i zażenowanie. Czuła też strach. Była zaskoczona tym, że starsza córka tak ją rozgryzła, że tak dużo wiedziała i widziała. Nie miała pojęcia, co powiedzieć. Arsenał gładkich słówek jej się wyczerpał. Nie zaprzeczyła, nie dyskutowała, przeprosiła tylko Karolinę za to, że nie umiała jej stworzyć normalnego domu, wspaniałej rodziny. Przeprosiła raz jeszcze i…wyszła. Założyła pośpiesznie kurtkę, wzięła psa i szamocząc się z drzwiami wymknęła się. Tak po prostu. Bez słowa. Jakby grała w jakimś słabym filmie i właśnie skończyła się jej scena.

Kiedy trzasnęły drzwi wejściowe cakowicie puściły jej nerwy. Zbiegając po schodach wybuchła płaczem. Jedyne czego chciała teraz uniknąć, to spotkania z matką i Zuzką. Ciągnąc za sobą suczydło, biegła przed siebie ocierając z twarzy słone łzy. Co teraz? Co teraz, myślała, ale nic nie przychodziło jej do głowy… Zawaliła na całej linii. Czy była jeszcze ucieczka z tego zakłamanego świata? Czy był dla niej ratunek?

Na zawsze razem (cz.75a)

Photo by Lauren Peng on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.