Otwierając tę wiadomość kilkukrotnie cofał rękę zastanawiając się czy oby nie lepiej byłoby ją jednak po prostu skasować. Niby był przekonany, że niezależnie od wszystkiego co przeczyta, da sobie radę, ale… Było jakieś małe ale, które powodowało, że ten email parzył go w palce u rąk. Ostatecznie zdecydował się jednak go otworzyć.

Nigdy nie był tchórzem i wielokrotnie przychodziło mu za to oberwać w nos. Tak jak w drugiej klasie szkoły podstawowej kiedy nakrył dwa lata starszego chłopaka na próbie kradzieży portfela z tornistra koleżanki. Był mniejszy, drobniejszy, a kasa właściwie nawet nie była warta interwencji, ale nie umiał sobie odpuścić. Złodziejstwo nie mieściło się w jego kodeksie moralnym. Podszedł do dryblasa i wspinając się na palce wyszeptał, że jeśli natychmiast nie odłoży tej forsy tam, skąd ją wziął, o wszystkim dowiedzą się nauczyciele i będzie miał kłopoty. Łobuz najpierw szyderczo zaśmiał mu się w twarz, a potem przystąpił do bicia i choć od początku skazany był na bęcki, coś tam powalczył zanim oberwał w nos tak, że poszła krew. Wtedy  tamten szybko rzucił kasę i zwiał. Niewiele myśląc włożył ją do plecaka niczego nieświadomej Ani, poszedł do łazienki doprowadzić się do ładu, a potem wrócił na lekcje. Kiedy nauczycielka zapytała się co się stało, powiedział, że spadł ze schodów. To nie były czasy monitoringu i ochrony. Dryblas kasę oddał, więc nie nakablował. Sprawy nie było. Nigdy nikomu się nie przyznał do tej walki o dwa osiemdziesiąt. Mało tego, z perspektywy czasu wydawało mu się to nawet nieco idiotyczne. Przecież mógł mieć znacznie poważniejsze problemy.

Szefowie też nie mieli z nim nigdy łatwo. Nie dość, że wodził na pokuszenie płeć piękną, co bywało irytujące i powodowało zamęt, to jeszcze zawsze miał swoje zdanie i nie było metody żeby przekonać go do tego, do czego nie miał przekonania. Białe, było białe. Kiedy potrzebował zdiagnozować pacjenta robił mu wiele badań ignorując limity i ograniczenia narzucane odgórnie przez dyrekcję. Był całkowicie odporny na protekcję. Nie wyobrażał sobie, że zmieni grafik operacji, by wcisnąć tam jakiegoś znajomego zmniejszając szanse na uratowanie kogoś „zwykłego”. Co to, to nie…

Otwierając emaila od Pawła czuł się właśnie tak, jak przed laty będąc pierwszy raz na dywaniku u ordynatora Kwaśniaka, który był mu bardzo nieprzychylny i od początku oczekiwał na jakieś jego potknięcie. I wreszcie się kiedyś doczekał. I Igor niby spodziewał się kubła zimnej wody, a jednak wszedł z wysoko podniesioną głową gotów stanąć do konfrontacji. Uzbrojony w silne argumenty. Tylko tyle i aż tyle. I teraz też miał argumenty, tylko czy coś mogły tu pomóc i czy kogokolwiek one interesowały skoro interlokutor ukrywał się za grubym monitorem ekranu komputera? Skoro zniknał już pewnie nawet z sieci, karmiąc swoje myśli całkiem innymi zagadnieniami.

List był długi, że aż odechciewało się czytać, ale zaryzykował i finalnie był zadowolony, że znowu zdecydował się skoczyć na główkę. Lektura okazała się wciągająca, chwilami strasznie irytująca, ale nie zburzyła jego świata nawet w najmniejszej części. Trochę nie do końca wiedział co ma o tym wszystkim myśleć, ale utwierdził się w przekonaniu, że Joanna umie sobie kupić ludzi, zdobyć sympatię. Na ile list był szczery, a na ile miał go uspokoić – nie umiał wyczuć, ale założył, że nie będzie doszukiwał się drugiego dna, bo nie ma po co. Zamknął komputer i chwycił za telefon. Chciał namierzyć żonę jednak zamiast jej głosu – usłyszał Karolinę, która w żołnierskich słowach wyjaśniła mu, że jakiś czas temu wzburzona mama gdzieś wybiegła i pewnie niebawem wróci do domu. Wziął głęboki oddech i westchnął. Czyli znowu jakiś kipisz pomyślał zmartwiony. Miał jednak nadzieję, że w najbliższych dniach wszystko wreszcie poukłada się tak, jak powinno… On w każdym razie przyłoży się sumiennie żeby oczyścić atmosferę.

Na zawsze razem (cz.76a)

 

Photo by Amin Moshrefi on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.