Początkowo zupełnie nie radziła sobie z nagłym odejściem Jana, choć gdyby się zastanowić nieco dłużej, nie było ono wcale, ani niespodziewane, ani nawet zaskakujące, było za to całkowicie niewyobrażalne. Sądząc po tym, co głosił jej mąż, że rodzina była siłą, a małżeństwo niemal świętością i po tym, co zwykł mawiać, że to rodzice, oboje rodzice, zapewniają stabilizację i dobry rozwój dzieciom przez całe swoje życie – miała prawo być chyba zdziwiona takim obrotem sprawy. Nasłuchała się tych bredni i uwierzyła. Uwierzyła, psia kość, z całą mocą.

Otrzeźwienie, które przyszło pewnego dnia, było jak kubeł lodowatej wody. Myślała, że na stare lata jej mąż wreszcie przestanie latać za panienkami. Była niemal pewna, że kiedyś to się skończy, przecież nic nie trwa wiecznie… Nigdy nie liczyła zdrad których była świadoma, bo i po co? Nie odkrywała kart, nie żaliła się i nie robiła uszczypliwych uwag, co by jej to dało?! Z godnością znosiła te upokorzenia, karmiąc się ułudą, że nastanie wreszcie czas spokoju. Lata leciały, Jan przecież nie młodniał. Zdawało jej się, że i jego hormony zwalniają, że już lada moment nie będzie czuł presji udowadniania sobie, że jest męski i że nadal może…

Wbrew temu, co myśleli jej synowie, decyzja o czasowej przeprowadzce do nowego domu Igora, była dla niej naprawdę trudna. Choć w swoim mieszkaniu czuła się samotna i wyobcowana, to wiedziała, że przecież musi się kiedyś przyzwyczaić, zaakceptować tę obrzydliwą samotność. Nie była wcale przekonana, że odsuwanie w czasie tego, co nieuchronne -będzie dla niej dobre. Chwilę zastanowiła się i, subtelnie ponaglana przez pierworodnego, spakowała jednak najpotrzebniejsze rzeczy, przenosząc się do rezydencji. Tak, do rezydencji. To domostwo było bardzo okazałe, urządzone ze smakiem, wyczuciem i gustem. To nie był zwykły domek na przedmieściach. Czuło się w nim klimat, odurzająca przestrzeń, słyszało szum drzew, śpiew ptaków o poranku. Syn z synową zadbali także o ogród. Był magiczny, ozdobiony lampionami, z hamakami, wiklinowymi koszami do siedzenia i przeróżnymi zakamarkami, w których można było się ukryć przed światem.

Dostała przytulnie urządzony pokój na parterze z wyjściem na taras. Cudne to były dni. Rano, jeszcze w szlafroku, wychodziła na zewnątrz z filiżanką herbaty i delektowała się całkowitą ciszą doprawioną świergoleniem natury. Przypominało jej się dzieciństwo, biedne, ale dość spokojne. Wspólne gotowanie z mamą budyniu, grzybobrania, zbieranie jagód, zabawy z okolicznymi dzieciakami w lesie nieopodal miejsca zamieszkania, łowienie ryb z ojcem i podziwianie gwiazd w środku nocy. Bardzo służyły jej te poranne medytacje, kiedy wszyscy mieszkańcy jeszcze spali. Dopijała gorący napar, myła się w lawendowej łazieneczce, delikatnie podmalowywała, spryskiwała nadgarstki ulubionymi perfumami, ubierała się i zaczynała swoje rządy w kuchni. Gotowała im, piekła, dusiła, wędziła i czarowała na wszelkie znane sobie sposoby, patrząc jak zajadają się jej specjałami. Czuła się potrzebna. Potrzebna i na swoim miejscu.

Ten kilkumiesięczny pobyt zrewidował wiele jej poglądów na temat rodziny syna. Zobaczyła wszystko od innej strony, z innej perspektywy. Zauważyła, że perfekcyjna, w jej odczuciu, Joanna wcale nie była taka perfekcyjna. A może teraz wrzuciła na luz? Tak, czy siak, zdarzało jej się nie pomalować paznokci u rąk, zapomnieć o pieczywie na śniadanie czy kolację, ubrać się w dres. Tak, w DRES! Do tej pory Aśka wysoko stawiała poprzeczkę – była dla niej mistrzynią elegancji, niedoścignionym wzorem kobiety zadbanej w każdym calu, o każdej porze dnia i nocy, a tu proszę. Teraz stała się bliższa, bardziej ludzka, cieplejsza. I choć chyba od niej nieco uciekała, Barbara czuła sympatię i życzliwość. Zawsze mogła liczyć na krótką rozmowę o niczym, a nawet pełne serdeczności pogładzenie po plecach. To samo dotyczyło jej syna. Był znacznie wylewniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Okazywał zarówno żonie, jak i dzieciom i jej – wiele czułości i poświęcał sporo uwagi, nawet kiedy ponownie wrócił do pracy i był zmęczony. No i spełnił marzenie Joanny kupując jej konia, w którym synowa zakochała się od pierwszego wejrzenia i na zabój. Wymykała się do niego – kiedy tylko mogła. Patrzyła na to z uśmiechem. Chyba wreszcie mogła poczuć się spokojna o ich burzliwe, pełne nerwów małżeństwo. Chyba, po latach, znaleźli to, czego szukali całe życie – cichą przystań i dojrzałą wyrozumiałość oraz otwartość na drugiego człowieka. Była wzruszona, zbudowana, na swój sposób szczęśliwa.

Ten spokój burzył jej jedynie młodszy, całkiem pogubiony, syn i wnuczki. Młodsza wyraźnie nie akceptowała tego, jak wyglądała i na jej gust ostro się odchudzała, usiłując to ukryć przed wszystkimi. Starsza, zakochała się po uszy w starszym, uroczym skąd inąd, chłopcu, a właściwie przystojnym i pewnym siebie mężczyźnie, który imponował jej bardzo. Baśka bała się o Zuzannę, trzęsła się o Karolinę. Zdawała sobie sprawę, jak zgubne mogą być w życiu nastolatki zarówno restrykcyjne diety, jak i zbyt szybkie i intensywne miłostki. Nie ufała temu Jakubowi, w końcu był facetem. Oni zawsze chcą przede wszystkim jednego. Obserwowała go bacznie, wściekała się głęboko w sercu, kiedy nocował w jednym pokoju z Karoliną. Nie rozumiała jak można pozwolić na coś takiego i po co to robić. Przecież było w tym domu jeszcze miejsce, gdzie mógł wygodnie przespać się sam…Nie odważyła się jednak porozmawiać o tym z synową, choć zbierała się do tego przez dłuższy czas. Kiedy ustalili, że po powrocie do Warszawy, w tygodniu zamieszka u niej Karo, była szczęśliwa i jednocześnie pełna lęku o to, jak ułożą się ich relację i czy nauczą się w zgodzie i harmonii żyć pod jednym dachem. Nie miała córki, nie umiała postępować z dziewczynami. Chyba też nie umiała być dobra babcią. Do tej pory, nie miewała nawet specjalnego kontaktu z wnuczkami, żyły jakby obok siebie. Rzeczywistość, na szczęście, zaskoczyła ją na plus. Ustaliły z wnuczką pewne zasady i reguły i obie do nich się stosowały. Chyba było im razem nawet fajnie.

Jan bardzo chciał się rozwieść, zakończyć ten etap. Początkowo poprzysięgła sobie, że nie da mu rozwodu, ale z czasem zweryfikowała swoje podejście i przestała z nim walczyć. Sama zadzwoniła żeby poinformować, że jednak podpisze te papiery wieńczące ich długoletni związek. Podziękował jej. Jakie to wszystko było przykre, jakie rozczarowujące i niesprawiedliwe. Całe życie poświęciła, by było tak jak pragnął. Zrezygnowała z wszystkich aspiracji podporządkowując się jego rządom, rodząc mu dzieci, przygotowując zdrowe posiłki, piorąc, prasując, robiąc zakupy i dogadzając na każdym kroku. Znała swoje miejsce. Kiedy przychodzili jego koledzy z pracy, wycofywała się przygotowując im gorącą kawę i podając ciasto. Znała swoje miejsce, a szkoda.  Może gdyby tupnęła w porę nogą, przyznała, że wie o tej czy innej zdradzie, że nie chce dłużej wisieć nad garami i jeździć na mopie, kto wie, może wtedy ułożyliby sobie to wszystko jakoś inaczej, mniej pokracznie, przyjaźniej?! Mleko się wylało. Teraz ponowiła konsekwencje swojej bierności. Wychowania. Trudno się mówi. Chciała zapomnieć, podnieść się i te parę lat, które jej jeszcze zostały, przeżyć możliwie przyjemnie. Bez złości, zazdrości i złych emocji. Pragnęła poczuć się jeszcze szczęśliwa. Nie, nie szczęśliwa u boku jakiegoś mężczyzny, za tym nie tęskniła. Marzyła, by wreszcie odnaleźć siebie. Najpierw odnajdzie siebie, a potem pomoże stanąć na nogach młodszemu synowi. Pomoże mu, powalczy o niego, wyciągnie rękę, podaruje zachwyt i wiarę, której chyba nigdy od nich nie dostał. Chciała wierzyć, że nie jest jeszcze za późno…

Na zawsze razem (cz.98)

Photo by Amy Shamblen on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.