Całe życie dostosowywała się, dopasowywała, naginała i udawała. Calutki czas. Grała głupią, nieświadomą, zagubioną i zadowoloną z tego, co ma-a miała dużo. Miała szanowanego męża, dwóch mniej lub bardziej udanych synów, naprawdę fajne, wnuczki, zastawę rosenthala, srebrne sztućce, domek letni na mazurach i szacunek społeczny. Była kimś, obracała się w lepszych sferach, nie to co jej rodzice…

-Coś za coś, pomyślała, kiedy w telefonie męża, kolejny zresztą raz,  znalazła jego pikantną konwersację z jakąś kobietą. Ta pani zapisana była jako „Ma”. Ciekawe. Zawsze nadawał im jakieś ksywy nie budzące podejrzeń, albo wpisywał dla niepoznaki imię męskie, a tu nagle „Ma”. Barbara, raz na jakiś czas przeczesywała telefon męża, kiedy brał prysznic. Robiła to sporadycznie, zawsze obawiając się, że coś znajdzie i znowu będzie musiała robić dobrą minę do złej gry. Od dłuższego czasu jej czujność była uśpiona, bo wiele razy pod rząd nie znalazła niczego. Na kilka miesięcy przestała. Teraz, nie wiedzieć czemu, poczuła chęć sprawdzenia stanu uczuć męża. Tym razem również nie spodziewała się żadnej sensacji i proszę…

Za każdym razem bolało, może kiedyś tylko bardziej. Za każdym razem zastanawiała się co z nią nie tak, że Jan musi spotykać się z innymi. Przekonywała się, że pewnie potrzebuje odmiany. Matka zawsze jej powtarzała, że mądra kobieta nie przejmuje się takimi rzeczami, że przymyka oczy na wyskoki męża, o ile tenże nadal interesuje się rodziną i łoży na nią finanse. Z założenia uznała więc, w pewnym momencie tego małżeństwa, że wszyscy mężczyźni są tacy sami – występni, nielojalni i stale głodni wrażeń na boku i nic nie da się z tym zrobić. Nic nie warto z tym robić dopóki zarabia i utrzymuje familię. Kropka.

Zanim za niego wyszła miała nadzieję, że u nich jednak będzie nieco inaczej choć, z tyłu głowy, miała apokaliptyczną wizję, którą karmiła ją matka. Przepędzała ją przez długi czas. On był przecież z dobrego domu, z zasadami. Jego rodzice byli kulturalni i na poziomie. Nie podnosili głosu, kontrolowali emocje i nigdy nie przeklinali. Ojciec szanował matkę, odsuwał jej krzesło żeby usiadła i był bardzo troskliwy. Matka dogadzała mu i zawsze patrzyła na niego z zachwytem. Mieli swoje dwa, odrębne  światy – jednak był też ten jeden całkiem wspólny. Barbara pragnęła by jej małżeństwo było podobne, ale tak się nie stało. To się nie wydarzyło, mimo że robiła jak kazała matka. Wiele miesięcy wymykała się Janowi, unikała intymności, wodziła go za nos, a on ją zdobywał. Czy go kochała? Jak nie wiem co. Piekielnie. Gdyby nie konwenanse ich związek wyglądałby na pewno inaczej – tylko czy wtedy zostałaby jego żoną? Nie musiałaby od zawsze grać kogoś, kim nie była. Kogoś, kto jest wart jego uwagi. Kogoś bez własnego zdania, przymilnego i usłużnego, gotowego na każde poświęcenie. Robiła to już tyle lat, że weszło jej w krew. Może nawet stała się taka jaką pragnęła dla niego być?

Co tu dużo ukrywać – czuła się od niego gorsza. Miała wrażenie, że na niego nie zasłużyła, że jest jak ta przysłowiowa ślepa kura, której trafiło się ziarno. W jej rodzinnym domu się nie przelewało, perspektyw większych nie miała. On był jej oknem na świat. Do tego mądry, męski i zdecydowany. Był szansą, nadzieją, marzeniem…

Chyba mu się podobała choć od początku ją zmieniał, a ona tym zmianom się poddała. Kiedy zostali małżeństwem weszła do innego świata. Mówił jej, jak powinna się ubierać,  kiedy milczeć, w jaki sposób uśmiechać i kiedy nie dyskutować. Mówił jej, że jest zajęty pracą, której poświęcał się bez reszty, a ona, czyli żona, ma być filarem domu, wsparciem. I taka się stała. Jedynym zgrzytem w ich związku były sprawy łóżkowe. Ona nie miała doświadczenia, a ta pierwsza noc poślubna, mimo jego starań, była dla niej koszmarem. Inaczej to sobie wyobrażała, czego innego się spodziewała. Miało być ekscytująco, a bolało jak cholera. Na koniec popłakała się. Łkała, a on patrzył na nią z przerażeniem. Był strasznie zaskoczony i skonfundowany. Rozczarowała go. Chyba nie wiedział jak ma się w tej sytuacji zachować, więc nie zachował się wcale. Powiedział tylko, że może kiedyś się przyzwyczai, skoro na razie nie umie się tym cieszyć i… zasnął. Ona nie przespała ani minuty. Rano zrobili to znowu. Było jeszcze gorzej choć z całych sił udawała, że jest nieźle.

Sprawy łóżkowe ich od siebie oddaliły. On chyba widział, że ona robi wszystko, by unikać tego przykrego, małżeńskiego obowiązku. Raz nawet stwierdził, że jest zimniejsza niż lód, a dla niego to trudne do wytrzymania. Przestała więc oponować, zaciskała zęby i kiedy to robili – myślała o czymś przyjemnym. Mimo tego, nigdy go nie zdradziła. Nie szukała nikogo, komu udałoby się ją rozpalić. Uznała, ze jest felerna, że nie umie, że tak ma być i już…

Im dłużej przyglądała się numerowi ukrytemu pod tajemniczym „Ma”, tym bardziej wydawał się jej być jednak znany.  Zapisała go sobie pośpiesznie na małej karteczce, jeszcze zanim Jan wytoczył się pogwizdujący radośnie sod prysznica. Kiedy poszedł do pracy otworzyła stary notes z telefonami i zaczęła szukać. Ku jej zaskoczeniu – znalazła znacznie szybciej niż sądziła. Tak, to był telefon… Marii, matki jej synowej. Nie mogła w to uwierzyć. To już było zbyt wiele. Zbyt wiele nawet jak na nią. Osunęła się na sofkę i zaczęła płakać. Co to wszystko miało znaczyć? Jak oni mogli? No i co teraz będzie? Czy nadal powinna trzymać język za zębami, czy może lepiej jednak wyjść z ukrycia i poprosić męża o wyjaśnienia, ale co będzie jak od niej odejdzie? Zostanie z niczym, na dokładkę, ośmieszona i poniżona… To był cios prosto w serce. Nie pierwszy zresztą, ale zdecydowanie najdotkliwszy z wszystkich pozostałych.

Na zawsze razem (cz.89)

Photo by Alex Motoc on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.