Joanna, niespiesznie jak mu się wydawało, szukała pracy, koncentrując się przede wszystkim na swojej pierwszej, obecnie, miłości, siwym koniu o imieniu Djeco. Latała do tej stadniny z rozwianym włosem i szaleństwem w oczach. Bardzo go to cieszyło. Widział, że wraca do siebie. Czuł, że ich wspólne życie zaczyna odzyskiwać smak i aromat. On też nabrał wiatru w żagle. Powrót do pracy, choć kosztował go sporo wysiłku, dawał mnóstwo satysfakcji.

Do szpitala, w jedną stronę, jechał godzinkę. Jeszcze zanim wybrał się do pracy po raz pierwszy, zabrał Karolinę i zrobili „trasę testową” – żeby realnie ocenić czas jaki zabierze mu dotarcie do roboty. Nawet zdziwił się, że córka tak ochoczo przystała na jego propozycję, szczerze powiedziawszy, rzuconą bez nadziei na jakikolwiek odzew. Dumny był z tego, że ich relacja jest dobra.  A tam dobra, naprawdę niezwykła. Śmiali się z tego samego, wiedzieli o czym lepiej milczeć i kiedy przerwać dyskusję, która nie prowadziła do niczego. No i lubił Kubę. Lubił naprawdę, a nie z przyczyn zdroworozsądkowych. Zdołał się przekonać, że ten młody koleś kocha jego córeczkę i robił wszystko, żeby niczego im nie zepsuć. Odkąd byli razem, świat się nie zawalił. Karo nadal doskonale się uczyła, chodziła pilnie na dodatkowe zajęcia i niczego nie odpuszczała. Kuba, ciągnął ja w górę, motywował, zachęcał do wysiłku, wspierał w pasjach i fantastycznie towarzyszył. Nie rozumiał dlaczego Joanna jest w stosunku do niego taka zdystansowana. Rozmawiał z nią, nie raz, próbując pokazać, że mogło być gorzej, ale niczego te wymiany myśli, nie zmieniały. Nastawiła się do Jakuba jak do jeża i chyba tylko ona wiedziała ile kosztowały ją udawane uśmiechy i pozorne gesty przyjaźni. Znał swoją żonę na tyle, żeby wiedzieć, że na jej zaufanie trzeba zasłużyć. Wiedział też, że Aśka przegra relację z córką, jeśli wreszcie nie przestanie traktować jej jak małej dziewczynki. Tak to czuł.

Koledzy z pracy, na wieść o tym, jak długo jedzie – stukali się w głowę bąkając coś o horrorze i potworności. Bawiło go to. Nie, nie tłumaczył im, że to jego wybór, bo co ich to mogło obchodzić. Tak samo jak on miał gdzieś, ich opinię na ten temat. Każdy żyje po swojemu. Jemu to pasowało. Rano fundował sobie jazdę z audiobookiem. Nie pamiętał kiedy „czytał” aż tyle. Wreszcie znalazł czas, by nadrobić zaległości i sprawiało mu to mnóstwo frajdy. Kiedy wracał odpalał rado słuchając  wiadomości, a kiedy czuł się znużony natłokiem informacji włączał ulubioną płytę. Czasem towarzyszył mu ostry rock, a czasem liryczne, instrumentalne melodie, albo klasyka, bywało, zwłaszcza po trudnym dniu, że wybierał -sześćdziesiąt minut całkowitej ciszy.

Kiedy z ich domu, po kilku miesiącach, wyprowadziła się matka – Joanna odetchnęła. Widział to i rozumiał. Nie miał żalu, bo mimo znużenia do końca zachowywała się w stosunku do Barbary bardzo w porządku. Zgrzytała zębami najpewniej w samotności, albo bujając się na hamaku. Musiał przyznać, sam przed sobą, że i on czasem marzył o tym, by mama wreszcie wróciła do siebie. Byłą uciążliwa. Jej miłość wszystkich przytłaczała. Robiła dużo za dużo, nawet nieproszona. Zawsze służyła dobrą rada, niepytana udzielała odpowiedzi, potrafiła przygotować danie-niespodziankę i jeszcze mieć żal, ze nikt go nie chce. Szykowała śniadania, drugie śniadania, dwudaniowe obiady i podwieczorki oraz syte kolacje, które chyba lubił najbardziej. Trochę ich terroryzowała przymuszając bezustannie do wspólnego  jedzenia. Poza tym, mimo, że kupili jej telewizor do pokoju gościnnego, całe wieczory spędzała w salonie oglądając jakieś dziwne programy czy seriale, których treść opowiadała im podczas każdej możliwej okazji. Zaczęła żyć, życiem bohaterów telenowel. Zachłystywała się ich miłościami, zdradami i perturbacjami. Miał wrażenie, że sama czuje się gwiazdą marnego tasiemca. Uparła się, że nie da rozwodu mężowi i  nie słuchała nikogo. Był już tym wycieńczony, tym bardziej, że z całych sił marzył, by zapomnieć o całej tej „akcji”. Kiedy poinformowała go, że czuje się na siłach, by wrócić do własnego mieszkania -odetchnął ciut za głośno. Chyba to zauważyła, a tak bardzo nie chciał robić jej przykrości.

Kiedy zniknęła Barbara i Karolina, która zgodnie z wcześniejszymi założeniami, w tygodniu, zaczęła bytować u babci, zauważył wreszcie Zuzkę. Jakby sobie o niej nagle przypomniał. Zobaczył, przyjrzał się i poczuł, że serce mu pęka. Jego córka była kłębkiem nerwów. Jak mógł to przeoczyć? Kiedy tak się stało? Mała, strasznie nagle zmizerniała chowając się w jakiś powyciąganych bluzach i wielkich spodniach, jakby dla niepoznaki. Z dotychczasowego radosnego pulpecika został drobny, przeraźliwie smutny chudzielec z mocno zaznaczonymi kośćmi policzkowymi, podkrążonymi oczami i paznokciami wygryzionymi aż do skóry. Byli ślepi. Wszyscy, bez wątpienia, byli ślepi. Zajęci swoimi sprawami całkowicie dali ciała. Porzucili ją. Olali. Był przekonany, że Zuzka jest jedynym spokojnym ogniwem ich rodziny. Nigdy nie narzekała, nie absorbowała ich sobą, nie prosiła o pomoc, ani nie potrzebowała porady. Przestała nawet mieć marzenia. Nic już nie mówiła o swoich planach, nie naciągała ich na kasę, ani nie przyprowadzała nikogo do domu, a przecież miała do tego warunki. Gdy zapytał czy nie zechce zaprosić koleżanek na nocowanie spojrzała na niego, jakby z trudem unosząc głowę, i powiedziała, że nie czuje potrzeby. Była słaba, krucha i tak delikatna. A on, ojciec, dopiero to dostrzegł. Dotknął jej policzka, po którym spływała łza – starł ją i przytulił Zu z całej siły. Płakali oboje. Żadne z nich nie musiało niczego mówić. Jego serce rozpadło się na kawałki.

Na zawsze razem (cz.95)

 

Fot. Gary Meulemans/Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.