Wiele lat byliśmy nierozłączni. Wspólne wypady do teatrów, kin i na potańcówki. Wspólne Sylwestry i wspólne fetowanie przyjścia na świat kolejnych dzieci. Stanowiliśmy czwórkę bez sternika – ja Majka i mój mąż Piotr oraz jego najlepszy przyjaciel Franek z żoną Julią. Kontakty towarzyskie rozpadły nam się niemal całkowicie gdy urodził się nasz najmłodszy syn. Z piątką małych dzieci na burcie trudno było zachować dotychczasowy rytm spotkań towarzyskich.

Z Kowalskimi widywaliśmy się sporadycznie i w okrojonym składzie osobowym. Częściej panowie wychodzili na męskie wieczory przy piwie, sporadycznie ja umawiałam się z Julią na lampkę wina i plotki. Kiedy dzieciaki nieco podrosły, usiłowaliśmy naprawić nasze relacje, ale jakoś nie wyszło. Z czasem okazało się, że nasze pociechy nie nadają na tch samych falach, kłócą się jak najęte, a kiedy wróciłam do pracy na cały eteat przestałam mieć siłę na cokolwiek więcej niż codzienność.

SZARA CODZIENNOŚĆ

Dzień płynął za dniem, święta za świętami, urlop za urlopem. Ani się spostrzegliśmy kiedy nasz najmłodszy synek zrobił maturę i dostał się na studia. Gdzieś tam w międzyczasie obiło nam się o uszy, że Julia ciężko choruje. Wspólni znajomi donosili, że odwiedzając kogoś w szpitalu natknęli się na przygnębionego Franka, który szedł odwiedzić żonę po poważnej operacji. Piotr niewiele myśląc chwycił wtedy za telefon i zaoferował naszą pomoc, wsparcie – w formie, która byłaby dla nich najbardziej użyteczna, został jednak zbyty. Rozmowa szybko się zakończyła, a mój mąż uznał, że teraz to on poczeka na sygnał od kumpla. Tak się zresztą umówili.

NIESPODZIEWANA WIADOMOŚĆ

W dniu ślubu naszej najstarszej córki wiało i strasznie padało mimo, że był to sam środek lata.  Biegaliśmy jak w ukropie szykując się na tę ważną uroczystość. Nerwy były ogromne. Lubiłam przyszłego zięcia, ale miałam też mnóstwo wątpliwości dotyczących wyboru mojej córki. Nie, nic jej nie mówiłam, ale bałam się czy Fryderyk sprosta. Czy dadzą radę, wytrzymają ze sobą. Oboje byli narwani, emocjonalni i bardzo ambitni. Oboje uwielbiali stawić na swoim i nie znosili podporządkowywać się czemukolwiek i komukolwiek. Musieli mieć zawsze ostatnie słowo. Z tych rozważań wyrwał mnie brzdęk telefonu – dzwonił Franciszek. Mąż brał kąpiel, a ja w najmniejszym stopniu nie miałam ochoty na gadki- szmatki z gościem, który zamilkł i od lat sprawiał wrażenie jakby miał nas w nosie. Odebrałam jednak wbrew sobie i gorzko tego pożałowałam. To była ostatnia rzecz jaką chciałam usłyszeć tego wyjątkowego dnia. Gdybym dowiedziała się o śmierci Julii dzień później -nic by się nie stało, a tak przepłakałam kilka godzin i dotarłam na ślub córeczki całkowicie rozbita.

W CIENIU SMUTKU

Na weselu nie umiałam myśleć o czymkolwiek innym, ciężko było mi tańczyć, prowadzić kurtuazyjne rozmówki, uśmiechać się i udawać, że jest cudownie. Powiedziałam Marzence jaki jest powód mojego nastroju i przeprosiłam. Córka okazała mi wsparcie i zrozumienie. Przecież znała Kowalskich od zawsze. A mnie przypominały się czasy, kiedy byliśmy z Julką i Franiem tak bardzo blisko, kiedy łączyły nas wyjątkowe relacje. Piotr również przeżywał, ale po swojemu. Zasklepił się w sobie i sprawiał wrażenie jakby nigdy nic. Powiedział tylko, że po pogrzebie spróbuje odnowić relacje z dawnym przyjacielem. Trzymałam kciuki! Zawsze bardzo lubiłam Franka. Chyba nawet bardziej niż Julię.

ŻYCIE NIE ZNOSI PRÓŻNI

Najpierw rozmawiali przez telefon, potem wybrali się na brydża, by w końcu złapać wspólny język i powrócić do fajnych, ciepłych układów sprzed wielu lat. Franek stał się naszym częstym gościem. Mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów. Wszyscy właściwie poznawaliśmy się na nowo, a i okazało się, że nasze dorosłe już właściwie dzieci złapały fajny kontakt. Mimo, że mieszaliśmy we dwoje – na te spotkania przychodzili wszyscy. Robiło się tłoczno i radośnie. Cieszyliśmy się z mężem na taki obrót spraw. Czuliśmy, że dzięki nam przyjacielowi jest łatwiej w tej trudnej sytuacji.

LATA LECĄ

Kilka lat po śmierci Julki -zostaliśmy podwójnymi dziadkami, powitaliśmy w naszej rodzinie magistra informatyki i pana doktora weterynarza, a ja przeszłam na wcześniejsza emeryturę i obiecałam córce pomóc przy wnukach. Działo się. Byliśmy również na ślubie najstarszego syna Franka -Daniela. Wydawało się, że życie płynie spokojnie dobrym rytmem. Do czasu…

NIE TAK MIAŁO BYĆ

Czy złe rzeczy dzieją się zwykle wtedy kiedy nasza czujność jest uśpiona? Nie wiem. Nie sądziłam, że los wystawi mnie na taką próbę. Takie okropne cierpienie i pustkę w sercu. Miałam plany, marzenia, ustalenia. Wszystkie zakładały, że zestarzejemy się z Piotrem wspólnie ciesząc codziennością. Życie miało dla nas jednak inne role.

Kiedy w środowy poranek żegnałam męża nie miałam żadnych przeczuć. Oboje się śpieszyliśmy – on do pracy, a ja do córki, a właściwie do tych dwóch, naszych rozrabiaków – Tomka i Włodka. Zjedliśmy, jak zawsze, wspólne śniadanie – chyba przesoliłam jajecznicę, ale jak zwykle nie dał mi odczuć, że coś jest nie tak. Byłam mu wdzięczna zawsze był bardzo taktowny i delikatny. Nie przywiązywał uwagi do drobiazgów. Wymieniliśmy kilka, mało istotnych uwag, przelotnie cmoknęliśmy się w policzki i rozeszliśmy w swoje strony. Kilka godzin później dostałam telefon, że mój mąż nie żyje. Zmarł niespodziewanie, w drodze do pracy…

ŻAŁOBA I PUSTKA

Jego odejście było dla mnie potwornym ciosem. Wszystko przestało mnie cieszyć. Nic nie miało sensu. Zapadłam się w sobie odtrącając wszystkich, którzy chcieli pomóc. Zamknęłam się w domu i rozpaczałam patrząc na wiszące w przedpokoju, gotowe do założenia, wyprasowane koszule męża, na książkę z zakładką leżącą obok łóżka, na flakonik perfum których używał, jego ulubiony kubek. Wszystko mi go przypominało, wszystko nim pachniało. Nie chciałam dłużej żyć. Nie miałam po co…

ŻYCIE NIE ZNOSI PRÓŻNI

Bardzo długo dochodziłam do jako takiej formy. Płakałam, łkałam, wspominałam, słuchałam naszych płyt. W końcu kilka miesięcy po tym tragicznym dniu wstałam rano i niespodziewanie poczułam, że czas już wziąć się za siebie, bo przecież mąż nie chciałby żebym tak wegetowała. Poszłam, po długiej przerwie, do fryzjera, kupiłam kilka nowych ubrań bo stare już nie pasowały – strasznie schudłam z rozpaczy. Pozwoliłam się zaangażować w życie dzieci. To one dawały mi ogromna siłę wymyślając co i rusz jakieś zajęcia. Wnukowie absorbowali i powodowali, że nie rozklejałam się stale. W biegu uroniłam łzę i pędziłam dalej. Zakupy, obiad, opieka nad szkrabami. Cały czas w tle był Franek. Dzwonił, przychodził z czymś słodkim na poprawę nastroju, wyciągał mnie do kina, zabierał na spacer i słuchał, słuchał, słuchał….

MIŁOŚĆ CZY NIE?

Nawet nie zorientowałam się kiedy nagle staliśmy się sobie bliscy. Dwa lata po śmierci Piotra -Franciszek pojechał ze mną na cmentarz i przy grobie męża zapytał mnie czy mógł teraz się mną zająć, troszczyć się, otoczyć opieką. Wzruszyłam się. To było bardzo symboliczne.

Nasze uczucie rodziło się bardzo powoli. Nie obnosiliśmy się z nim. Nieśpiesznie, nieśmiało i delikatnie. Miłość kiełkował w nas bardzo długo. Była wyczulona na potrzeby drugiej strony i pełna szacunku dla uczuć, lęków, wstydu czy skrępowania. Byliśmy przecież starzy, nasze ciała były wątłe, zwiędłe, ale serca pełne nieoczekiwanego ciepła…. Bardzo dużo rozmawialiśmy, cudnie nam się milczało, a czas płynął przyjaźniej. Całkiem niedawno Franio po raz pierwszy został u mnie na noc i… rozpętało się piekło, bo rano postanowiła mi złożyć niezapowiedzianą wizytę córka. Przyłapała nas, jak parę nastolatków, po czym wyszła ostentacyjnie trzaskając drzwiami, a potem wykrzyczała mi, że zachowuję się jak wariatka. Przecież mam siedemdziesiątkę na karku, kilka lat temu zostałam wdową, a teraz co? Amory mi w głowie? Przecież to niepoważne, głupie, szczenięce, a nawet odrażające i obrzydliwe. I czy ja w ogóle kiedykolwiek kochałam tatę? Co z moim szacunkiem wobec wspomnień?

WSTYD MI, A MOŻE NIE…

Cała ta sytuacja spowodowała, że poczułam się jak wywłoka, stara, a głupia baba, której zachciało się amorów. Wstyd mi było i źle. Gdybym mogła, w pierwszym odruchu, uciekłabym gdzie pieprz rośnie, albo jeszcze dalej. Na początku. Później jednak porozmawiałam spokojnie z Frankiem, który dał mi mnóstwo wsparcia i uznałam, że to nie ja jestem nienormalna. Nie ja. Nie wiem ile mi zostało jeszcze. Jak długo będę miała siły i zdrowie żeby cieszyć się życiem. Kiedy więc jak nie teraz? Dlaczego mam odrzucać uczucie człowieka, który dał mi nadzieją na słońce. Dlaczego mam cierpieć w samotności do końca swoich dni. Za jakie grzechy? Przecież uczucie do Franciszka nie umniejsza miłości jaką darzyłam Piotra. A poza tym- nikogo nie krzywdzimy…

BIAŁE JEST BIAŁE

Kiedy opadły emocje zadzwoniłam do córki żeby powiedzieć jej o naszej decyzji. Ten nieoczekiwany zamęt skłonił nas do refleksji nad tym czego właściwie chcemy. Od słowa do słowa postanowiliśmy z Frankiem zamieszkać razem. Tak było wygodniej, dojrzeliśmy do tego i oboje nie chcieliśmy dłużej budzić się w pustych łóżkach. Jego dzieci przyjęły tę nowinę z radością, moi synowie również. Na koniec zostawałam sobie rozmowę z Marzenką. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, nie z jej cholerycznym charakterem. I nie było… Skończyłyśmy rozmowę silnie wzburzone. Raniła mnie bez znieczulenia nawet nie próbując zrozumieć. Bardzo mi było  przykro z tego powodu, ale postanowiłam nie ugiąć się.

Czy to takie dziwne, że chcę być jeszcze szczęśliwa. Chcę żyć. Franio powoduje, że wstaję rano uśmiechnięta i nawet chce mi się poćwiczyć. Razem jest nam łatwiej. Przyjemniej, radośniej!

CO TERAZ

Niecierpliwie czekam na telefon od córki. Liczę, że w końcu zrozumie i pogodzi się z moją decyzją. Bardzo nie chciałabym jej stracić, ale równie mocno nie chciałabym żeby ktoś mi mówił jak mam żyć! To, że nie jestem młoda nie oznacza wcale, że moje serce jest zimne jak lód….

 

Bo kocha się tylko raz!

Photo by Carolyn V on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.