Za szybko się otrząsnęła, pewnie go wcale nie kochała. I jeszcze tak ekstrawagancko się nosi, pije wino i wcale nie płacze. Biedny chłopak, miał żonę, która nic do niego nie czuła…

Takie teksty były moją codziennością. Przez długie miesiące. Niektórzy szeptali i plotkowali po kątach, inni pytali wprost nie kryjąc oburzenia, a nawet wściekłości.

Kiedy Marek zginął w makabrycznym wypadku motocyklowym mieliśmy oboje dwadzieścia pięć lat, trzy lata stażu małżeńskiego i półrocznego synka. Ten dzień zostanie w mojej pamięci na zawsze. Mąż śpieszył się do domu, bo mieliśmy wspólnie celebrować moje urodziny. Wyszedł z pracy wcześniej, kupił wino i bukiet pięknych róż… Tego dnia moje życie legło w gruzach, świat usunął mi się spod nóg. Urodziłam się po raz drugi. Zostałam sama,w obcym mieście z małym człowiekiem, który nigdy nie pozna własnego ojca…

Historia naszej miłości była zwykła. Nie różniła się niczym szczególnym od milionów innych miłosnych opowieści. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Wpadliśmy sobie w oko, a że oboje byliśmy wolni bez zbędnych ceregieli zaczęliśmy się ze sobą spotykać. Była fascynacja, zachwyt, zauroczenie. Randki pełne śmiechu i wygłupów, pikniki nad Liwcem, spływy kajakowe, wspólne wyprawy motocyklowe po Polsce. Po kilku miesiącach tańców godowych wynajęliśmy mieszkanie w Łomży, nieopodal jego rodziców i zaczęliśmy planować wspólne życie.

Ślub i wesele były skromnymi uroczystościami bez blichtru, zadęcia, ostentacji. Ubrałam się w białą sukienkę z sieciówki, kuzynka mnie umalowała, kolega zawiózł swoim autem do kościoła. Nie mieliśmy za dużo kasy, ale mieliśmy za to siebie. Może brzmi to odrobine infantylnie, ale oboje tak wtedy czuliśmy. Mnie wystarczyły ciuchy z lumpeksu, Markowi nie było trzeba więcej niż benzyna do motora. Żyliśmy bardzo oszczędnie starając się choć odrobinę odłożyć na wspólne wyprawy, wakacje, nieoczekiwane sytuacje.

Nasz związek wcale nie był sielanką, ale dobrze było nam razem. Umieliśmy podźwignąć się po każdym konflikcie. Czasem coś wybuchło, czasem pękło, a czasem zaśmiewaliśmy się do rozpuku z byle głupoty zachowując jak zwariowane nastolatki. Oboje umieliśmy przejść  do porządku dziennego nad nieporozumieniami i sprzeczkami. Dużo nas łączyło. Mało potrzeba było do szczęścia. Ot, parę wspólnych chwil, trochę słońca, pizza mrożona i chleb ze smalcem i ogórkiem.

Lubiliśmy się też. Akceptowaliśmy wzajemnie. Szanowaliśmy. On czasem wybuchał, ja umiałam godzinami zamartwiać się na zapas. Kiedy strzelałam focha, nie było mocnego. Poza Markiem. Wszystko umiał obrócić w żart. Czytał w moich myślach. Czasem robił niespodzianki jakby siedział w mojej głowie. Fajny facet z niego był. Jedyny taki. Oryginał i mężczyzna mojego życia w jednym…

Kiedy urodziłam Wiktora – szalał ze szczęścia. Pomalował pokoik, kupił łóżeczko, skombinował wózek, skompletował ciuszki. Kiedy wróciliśmy ze szpitala -byłam w prawdziwym szoku! W mikropokoiku małego – wisiały nawet błękitne balony z helem z napisem It’s a boy.

Był cierpliwym czułym ojcem, który nie bał się odpowiedzialności. Sam nakazywał mi wolne i namawiał na spotkania z koleżankami, których zresztą zbyt wielu nie miałam. Zostawał z Wikim karmił, przewijał, lulał, pocieszał i czytał. Nigdy nie sądziłam, że ten freak, facet z krótkim lontem i ciężka stopą -będzie tak idealnym ojcem.

Wiele razy rozmawialiśmy o jego skłonności do ryzyka, uwielbieniu szybkiej jazdy, o balansowaniu na granicy. Wiele razy przysięgał mi, że odkąd na świecie jest jego syn -skończył z tym definitywnie. Kiedy zginął – jechał przepisowo. Zabił go pijany facet, który stracił panowanie nad samochodem. Kpina losu?

Gdy dowiedziałam się, że nie żyje życie ugrzęzło mi w gardle. Nie czułam nic. Nic poza pustką. Bezsensem. Wstawałam rano, jakby nigdy nic, ubierałam się starannie i opiekowałam małym, robiłam zakupy, gotowałam, sprzątałam. Rodzice pomagali finansowo. Koleżanki omijały szerokim łukiem-chyba nie bardzo wiedziały jak się zachować, co powiedzieć… Byłam bardzo samotna, ale chciałam udowodnić i sobie, i światu, że dam radę, że jestem silna, że podołam.

Wróciłam do pracy. W opiece nad Wikim pomagali teściowie. Jedyne osoby, poza moimi rodzicami, które nie oceniały, nie szeptały, nie spiskowały. Reszcie strasznie przeszkadzało, że nie rozpaczam publicznie, nie noszę czarnych ubrań, umiem się uśmiechnąć…

W pracy zakumplowałam się z kilkoma dziewczynami, które nie znały mojej historii więc nie patrzyły na mnie ze współczuciem, żalem lub niechęcią. Synek rósł, a ja byłam, bo trudno nazwać to życiem. Zarabiałam, wstawałam, prałam, prasowałam. Trochę jak robot. Czasem wychodziłam z nowymi koleżankami na wino i śmiałam się z żartów, głośno się śmiałam. Prawie jak kiedyś.

Pierwszy raz pękłam kiedy mały skończył dwa lata. Wtedy do mnie dotarło, że Marek nigdy już nie wróci, że nie cofnę czasu choćby nie wiem co. Płakałam, szlochałam, rozpaczałam. Zrozumiałam, że cały czas żyłam nadzieją, że jeszcze nic straconego, że cały czas czekałam. Wtedy właśnie postanowiłam zacząć żyć od nowa. Naprawdę żyć, a nie udawać, że żyję.

Antka poznałam cztery i pół roku po śmierci Marka. To uczucie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.

Antoni jest starszy ode mnie o dziesięć lat, po burzliwym rozwodzie. Samotnie wychowuje niemal dorosłą już córkę. Kiedy pierwszy raz umówiliśmy się na randkę czułam, że ludzie przyglądają mi się z pogardą. Jakbym nie miała prawa do szczęścia, jakbym zdradzała Marka. Sąsiadka powiedziała mi nawet, że powinnam się wstydzić. Czułam się jak naznaczona, ale podniosłam dumnie głowę i przetrwałam…

Nie mieszkam razem z Antkiem, bo nie chcę robić wody z mózgu Wiktorowi, ale spotykamy się od dwóch lat i z każdym miesiącem ten związek robi się coraz bardziej poważny. Zastanawiam się co będzie, kiedy zdecydujemy się na wspólne życie pod jednym dachem. Obawiam się, że będziemy musieli zamieszkać gdzieś indziej, bo tu nie zaznam spokoju. W oczach sąsiadów i tak już jestem tą wiarołomną, zdradzającą męża wdową. Zawsze zresztą, od dnia jego śmierci, byłam tą „złą” i niewierną. Nie załamałam się pozornie. Przecież nie szlochałam każdego dnia, jakoś dałam sobie radę i przetrwałam. Mam wrażenie, że to mój główny grzech…

Zastanawiam się tylko dlaczego ludziom tak strasznie łatwo przychodzi ocenianie innych?! Dlaczego są tak bezwzględni? Czy wdowa nie ma już prawa do szczęścia? Czy każdy jej uśmiech musi oznaczać, że jest podła i występna. Czy powinnam cierpieć do końca swoich dni? Czy do śmierci przepraszać, ze żyję? Przecież nikt nie ma pojęcia co czułam, co przeżyłam i jak było mi ciężko…

 

Kolaż autorstwa Magdy Górskiej @magda_americangangsta

 

Przerwana lekcja muzyki…

Podziel się tekstem z innymi:
  • 75
  •  
  •  
  •  
  •  
    75
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.