W poprzedniej części Anna z góry radości spadła do przełęczy smutku. Dobrze zapowiadający się wieczór zmienił się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z festynu śmiechu w fajerwerki smutnych wspomnień. Nasza ulubiona farmaceutka straciła wiarę w to, że los się do niej uśmiechnął.

Poniedziałkowy poranek był paskudny. Wiało, padało, a w moim sercu także panowała zawierucha. Podskórnie czułam, że wczoraj zdarzyło się coś, co zachwiało w posadach naszą świeżo kiełkującą relacją. Nie rozumiałam co się właściwie takiego stało, ale byłam pewna, że niechcący dotknęłam delikatnej struny. Ożywiłam bolesne wspomnienie i nadałam mu nowego sensu. Całkiem wbrew sobie.

Suczydło nie rozumiało czemu snuje się po domu bezładnie. Łasiło się, wskakiwało na kolana i robiło wszystko żeby zamerdać mi rozkosznie ten dzień. Z wdzięczności zabrałam ją na długi spacer. Na trasie był Skwer B. Wodiczki -jednak pozbawiony psów (to było dziwne, bo tam rozmachane ogony to stali bywalcy), przeszłyśmy więc kładką nad Tamką, zbiegłyśmy schodkami na Dynasy, a stamtąd poleciałyśmy na Bulwary Wiślane. Kiedy wracając, wspinając się Tamką w górę zerknęłam na zegarek – oniemiałam. Za dwa kwadranse powinna była być w pracy! Koniec świata! Co się ze mną dzieje?

Biegiem pomknęłyśmy do domu. Zrzuciłam trampki, przebrałam się i pędem zamówiłam taksówkę, która jakimś cudem nie utknęła w korku. W pracy byłam minutę po czasie.

Magister Kowalski przyglądał mi się podejrzliwie. To wzmożone zainteresowanie moją osobą zauważyłam już od dłuższego czasu. Wiedziałam z czego wynika. Pamiętałam tekst o tym, że Arnold jest podejrzanym typem i przypuszczałam, że właściciel apteki sonduje czy spotykam się z Arnoldem czy też nie. No wprost nie wypadało mu zapytać, bo wścibski nigdy nie był, a i relacje mieliśmy zawsze czysto służbowe. Więc nie pytał, ale ciekawość go najwyraźniej zżerała. Obserwował mnie badawczo i czytał z gestów? Nie wiem…

Szczerze powiedziawszy miałam magistra Kowalskiego w nosie. I jego i tą całą zgraje maruderów, która wysoką falą zalewała dziś aptekę. Jedni usiłowali kupić eliksir młodości, inni patent na długowieczność, kolejni snuli opowieści, jeszcze inni zwierzali się, zrzędzili lub utyskiwali. A ja? Jak zwykle, choć tym razem może jedynie bardziej znużona, odpowiadałam, przekonywałam, wyprowadzałam z błędu i doradzałam. Co jakiś czas, tylko, zerkając przez dużą, oszkloną witrynę wypatrując Arnolda.

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nawet nie wiem gdzie mieszka. Oczywiście, gdyby na tym etapie znajomości zaprosił mnie do siebie, i tak bym odmówiła. Było stanowczo za wcześnie, ale dziwne wydało mi się to, że ani razu nie zdradził gdzie ma mieszkanie. Nie zająknął się nawet słowem. Mówił tylko jak długo mieszka w Warszawie i tyle. A może wcale nie było to dziwne. Może doszukuje się problemów na siłę?

Z rozmyślań wyrwał mnie piskliwy głos Pani Antczakowej, która była stałą klientką. Zostawiała w aptece, co miesiąc, okrągłą sumkę, wiec nie wypadało mi jej zbyć, a była wyjątkowo męczącą personą. Korzystając z chwili, że poza nią nie było żadnego innego klienta zaczęła opowiadać mi historie swoich dermatologicznych przebojów. Odchylała kurtkę, podciągała bluzkę i prezentowała mi wszystkie swoje wysypki, pieprzyki i krosty zażądawszy na koniec jakiegoś dobrego kremu nawilżającego do ciała. Ufff. Wreszcie poszła ściskając w rękach tubkę, naprawdę fajnego i bardzo drogiego zarazem specyfiku.

Kiedy drzwi się za nią zamknęły bezszelestnie podpłynął do mnie magister Kowalski pytając czy nie chciałabym kilku dni wolnego, bo nie wyglądam zbyt dobrze. Ot kilka dni na podreperowanie zdrowia i poprawę formy. To było bardzo, bardzo dziwne. Propozycja z kosmosu. Przystałam na nią jednak z chęcią i umówiliśmy się, że od jutra do końca tygodnia jestem na urlopie. Wizja beztroski i spokoju nie ucieszyła mnie jednak w takim stopniu w jakim powinna. Pomyślałam, że teraz dopiero jestem ugotowana. Teraz dopiero będę czatowała przy telefonie.

Kiedy wróciłam do domu, rzuciłam się na sofkę i jeszcze zanim dotarło do mnie, że to czas na spacer z psem – usnęłam. Obudził mnie dźwięk domofonu – Ki czort, pomyślałam i pobiegłam otworzyć drzwi, – Tak słucham, zapytałam…

 

Arnold i Spółka (cz. 14)

 

 

Photo by Thought Catalog on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.