Od lat patrzył na tę piękną kobietę schowaną w cieniu swojego brata i zastanawiał się kiedy to coś wybuchnie. Bo, że wybuchnie był bardziej niż pewien.

Był czarną owcą, tym gorszym, mniej zdolnym, słabszym, mniej męskim. Odstawał i czuł to niemal odkąd pamiętał. Ojciec zachwycał się Igorem. Opowiadał znajomym jaki jest wysportowany i utalentowany. Dosłownie puchł z dumy, albo pękał -jak kto woli.  Mistrz świata formuły pierwszej, normalnie. A on? Mniejszy, drobniejszy, bardziej wstydliwy i nie tak bardzo pewny siebie. Obrywał w nos od kolegów i płakał zamiast walczyć dalej. Mazgaj! Mięczak! Fajtłapa! Ileż razy to słyszał z ust ojca. Na domiar złego nie tylko kiepsko się bił , ale rówiez słabo grał w nogę i niezbyt szybko biegał. Malapeta. Nieudacznik. Widział to zawiedzione spojrzenie taty.

Matka również wolała Igora, był o tym przekonany. Starszy brat zgarnął niemal całą pulę uczuć i sto procent rodzicielskiej dumy. Jemu, młodszemu wojownikowi, jak mawiał wuj Patryk, przypadły w udziale jakieś okrawki emocji. Współczucie i pogarda ojca, lęk i żal matki. Tylko babka Iwona stała po jego stronie. To u niej spędzał wakacje, do niej jeździł na weekendy. Ona czuła podobnie. Opowiadała mu bajki, czytała, uczyła zbierać grzyby i jagody i dużo rozmawiali. Tak poznał rodzinne historie i dzieciństwo swojej mamy. Babcia Iwona faworyzowała go, rozpieszczała i widziałą w nim kogoś wartościowego, niezwykłego. Piekła jego ulubioną szarlotkę i robiła mielone.  Zachęcała, by nie przestawał rysować, by dalej pisał wiersze. Słyszał jak po cichu szeptała matce, że jest niesprawiedliwa, że okazuje uczucia temu starszemu. Pytała ją -gdzie popełniła błąd, bo tak jej nie wychowywała. Niczego to jednak nie zmieniało. Nigdy.

Wymarzył sobie malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych. Na zajęciach z rysunku w Pałacu Młodzieży bardzo go chwalono. Nauczyciel mówił, że ma talent i powinien go rozwijać. Kiedy przekazał to ojcu, ten tylko fuknął złośliwe. Zaśmiał się, że jeszcze tego brakowało żeby w domu chował artystę, nieroba, kogoś kto nie ma konkretnej wiedzy ani fachu w ręku. Bardzo go to wtedy zasmuciło. Zabolało. Mocno. Po tym tekście taty zdecydował, że może rzeczywiście coś w tym jest. Będąc w klasie maturalnej Wykonał woltę zaskakując wszystkich, w tym siebie. Postanowił zdawać jednak na medycynę. Był empatyczny, więc teoretycznie, dobry byłby z niego medyk. Może wybrałby potem pediatrię -lubił dzieci. Rozczulały go.

Uczył się dużo jednak mimo to zabrakło mu kilku punktów, by realizować nowy pomysł na życie. Był pierwszym mężczyzną w tej rodzinie, który nie zdał za pierwszym razem. Nikt, poza babcią nie stał po jego stronie. Nikt go nie pocieszył, nie okazał, ani wparcia, ani tym bardziej zrozumienia. Próbował jeszcze trzy razy. Każda kolejna przegrana bolała bardziej. Czuł presję i kompletne niezrozumienie. W międzyczasie zmarła jedyna osoba, która dawała mu siłę -babka. Od tamtej pory został już całkiem sam. Sam jak palec.

Mama mamy zdołała mu jeszcze tylko powiedzieć przed śmiercią, że najważniejsze to znaleźć własną drogę. Wiedziała, że ta medycyna to nie jego bajka. Zapytała czemu porzucił plany zdawania na Akademię Sztuk Pięknych -tam byłby doceniony. Tam, spotkałby ludzi o swojej wrażliwości. Kiedy rozmawiali ostatni raz wpatrywała się w niego z miłością gładząc go po dłoni kruchą, delikatną ręką. Poprosiła żeby był wierny sobie, bo jest kimś wyjątkowym. I ona w niego wierzy. I niezależnie gdzie się znajdzie -nadal będzie mu kibicowała, patrzyła z góry, wspierał. I kocha go nad życie, jest jej największą dumą. I nich o tym nie zapomina.

Zmarła tego samego dnia, a on poczuł w sercu pustkę. Próbował sobie wmawiać, że ona nadal jest, ale słabo mu to wychodziło. To właśnie wtedy postanowił zacząć przygotowywać się do egzaminu na ASP. Uczył się na medycynę, na ASP i pił na umór w mieszkaniu, które na niego przepisała. Miotał się popadając w coraz głębszą depresję. Dorabiał ucząc dzieci angielskiego i  z trudem wiązał koniec z końcem. Dzięki babci mógł wreszcie wynieść się z domu. Odetchnąć od tej dusznej, domowej atmosferki, ale ta nagle podarowana samodzielność trochę go przerosła.

Kiedy poznał Joannę był niemal na samym dnie. Wódka, trawa, przypadkowe kobiety i brak nadziei, że w jego życiu coś jeszcze może się zmienić. Pierwszy raz zobaczył ją na rodzinnym obiadku. Była piekna. A on? Trochę nieświeży, lekko odpychający i przygnębiony. Zaniedbany, nieogolony i słabo rokujący. Nic nie robiła sobie z tego, że wszyscy pozostali traktowali go jak śmierdzące jajo. Przegadała z nim pół popołudnia i znaczną część wieczoru. Głośno śmiała się z jego żartów i uważnie słuchała tego, co mówił. Czuł się ważny, fajny, lubiany. Jego brat był za to wyraźnie rozeźlony, ale przecież nie wypadało mu robić awantur świeżo upieczonej narzeczonej. A Joanna? Joanna go zachwyciła. Złapali nić porozumienia. Przypadli sobie do gustu. Od pierwszej chwili.

Ona była tak inna od wszystkich dziewczyn jego brata. Taka na luzie, w swoim świecie. Taka silna, niepodporządkowująca się, z własnym zdaniem, a jednocześnie ultra kobieca i ujmująca. Nie było w niej  nic z tych pindrzących się paniusiek, które sprowadzał wcześniej do domu. Była cudowna. Jedyna w swoim rodzaju. Zastanawiał się co widzi w jego bracie. W tym zimnym sukinsynu.

Zaprzyjaźnili się od tego pierwszego spotkania. Mimo, że Igor stroił fochy -postanowiła mu pomóc. Dużo rozmawiali, namawiała go żeby stanął na nogach. Podała rękę. Dzięki niej otrząsnął się. Znalazł motywację żeby walczyć o siebie, a kiedy wyszedł na prostą trochę się odsunęła. Myślał, że to wina brata. Pewnie stworzył jej takie piekło na ziemi, że wolała lekko odpuścić tę znajomość. Kiedy zapytał ją o to wprost powiedziała, że nie jest już mu tak potrzebna, więc nie chce się wcinać. Ale, że zawsze chętnie z nim pogada i pomoże jeśli zajdzie taka potrzeba. Uwierzył jej. Była dobra. I prawdziwa.

Jego życie zaczęło się układać, a ona urodziła dzieci i zaczęła odnosić sukcesy w pracy. Zastanawiał się, kiedy nastąpi jakiś krach. Nie wierzył, że Igor pozwoli jej na taka daleko idąca samodzielność i niezależność. Był pewien, że coś wywinie. Był tego nawet bardziej niż pewien. Nawet mówił jej o tym, ale tylko się uśmiechnęła. A teraz to. Brat wpadł pod samochód, a Joanna się zdematerializowała i przez cały dzień byłą nieuchwytna. Jego rodzice spisali ją już na straty. Uznali, że jest niegodna takiego męża. I pewnie doprawia mu rogi. A on? On miał nadzieję, że jest wreszcie szczęśliwa. Komu, jak komu, ale jej się to należało. Bardzo. Gotów był stanąć po jej stronie. Gotów był nawet dać w mordę bratu za to, że doprowadził  do czegoś takiego. Jak on mógł wypuścić z rąk taką kobietę? Jak mógł…

Na zawsze razem (cz. 51)

Photo by Ross Findon on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 18
  •  
  •  
  •  
  •  
    18
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.