Czas leczy rany, mówili. Czas chłodzi emocje i studzi wspomnienia, szeptali. Każdy chciał pocieszyć jak umiał. Każdy chciał napełnić nadzieją pełne cierpienia serce. Stracić tatę, naturalne, mówili inni. Taka kolej losu. Inni dodawali, że to może nawet lepiej, bo nie cierpiał. Za wcześnie, powtarzali wszyscy. Bo przecież miał jeszcze tyle planów, tyle robił dla innych, był w ciągłym biegu…

Ten tekst powstawał długo i pewnie jeszcze wiele razy będę go edytować. Rodził się w bólu- każdego dnia po trochu. Pisał się i kasował. Kiełkował w głowie, ale przelanie go na papier było zbyt trudne i chyba nadal takie jest. Karkołomne, bolesne, rozgrzebujące to, co wstępnie poukładane. Bo jak napisać o kimś, kto nadal jest znaczącym fragmentem całego świata, że był? Jak pożegnać kogoś, kto żyje nadal w sercu, z kim rozmawia się każdego dnia i kto macza palce w wielu decyzjach podejmowanych teraz. Nadal się konsultuję, zadaję pytania i słyszę odpowiedzi. Nadal dyskutuję, buntuję się i robię po swojemu, ale często słyszę więcej niż kiedykolwiek. Zauważam sens, który wcześniej mi umykał pod stertą gorących emocji. Czasem też złoszczę się na siebie, że wtedy tak mało rozumiałam, tak pobieżnie wsłuchiwałam się…

Tata. Mój tatuś. Był… Był (jasna cholera, jak ja nie znoszę w tym wypadku, czasu przeszłego) cudownym człowiekiem. Emocjonalnym. Wrażliwym. Dobrym. Nieprzezroczystym. Zawsze miał swoje zasady, priorytety, swoje zdanie i nigdy nie bał się głośno mówić o tym, co myśli choćby szedł pod prąd pełną parą. Walczył o słuszne sprawy, pomagał jak tylko mógł i w tę pomoc zawsze angażował się na sto procent – jak zresztą we wszystko co robił z serca. Jak ping pong – dla przykładu.

Grał od najmłodszych lat i to dobrze grał. Najpierw zarywał noce brzdąkając celulozową piłeczką na śródmiejskich salach treningowych, albo podwórkach. Był waleczny, ambitny. Zadziorny. Leworęczny. Miał świetny serw i podobno był niebezpieczny:-). Walczył. Toczył boje nawet w pierwszej lidze tenisistów stołowych, ale zdrowie nie pozwoliło mu iść na poważnie tą drogą. Potem grał dalej tyle, że już nie tak bardzo na poważnie, choć na poważnie jak nie wiem co. Zawsze na sto procent. Dla przyjemności, satysfakcji, ruchu, zdrowej rywalizacji. Na tym ping -pongu zawarł przyjaźnie na całe życie. Bo ten ping – pong był jednym z istotnych elementów jego życia. Nie mogę mówić o nim nie wspomnając o tej jego pasji. Tata nie tylko grał, ale też zarażał tą grą. Z rozmachem organizował ogromne turnieje, mistrzostwa dziennikarzy w tenisie stołowym, pisał o nim, oglądał w telewizji, a będąc już na emeryturze rozkręcił sekcję pong – ponga na swoim osiedlu. Rozkręcił aż furczało i przez dwanaście lat żył z pasją walcząc, by to jego dziecko i wspaniali ludzie, którzy pykali w ping-ponga dwa razy w tygodniu – gracze, pasjonaci, miłośnicy – mogli się rozerwać nie na kanapie, przed telewizorem, a w sali gimnastycznej właśnie. I choć sam miał już mało sił i choć kosztowało go to ogromnie dużo robił wszystko, by sekcja istniała, trwała i był w tym bardzo skuteczny… Ten JEGO ping-pong wrósł chyba na trwałe (mam taką nadzieje) w życie osiedla. Skupił świetnych ludzi pełnych pasji, energii i życzliwości. Choć czasem, muszę przyznać, nawet byłam na niego zła. Byłam, kiedy nie bacząc na wszystko, na swoje samopoczucie kolejny raz organizował turniej, kiedy szukał sponsorów, żeby były fajne fanty. Kiedy taszczył te rzeczy, układał, woził. W ostatnich latach trochę mu pomagałam. Teraz myślę, że zdecydowanie za mało…

Wiele razy powtarzał mi jak ważny do prawidłowego rozwoju jest ruch. Był dumy z wnuczek, które mają po nim żyłkę sportowca. Bardzo cieszył się, że jeżdżę konno, biegam, ćwiczę i radość sprawiał mu także zięć, który jest sportem przesiąknięty.

Współtworzył gazetę sportową, poświęcał czas na mnóstwo społecznych inicjatyw, robił wywiady, dużo pisał. Przypuszczam, że dziennikarką zostałam zapatrzona w niego. W tę przyjemność jaką miał ze swojej pracy. W pasję, którą miał, w dobrą energię. Zaopatrzył mnie również w tak typowy dla siebie ciągły pośpiech, w nieposkromiony apetyt na życie, ciekawość świata. Jak mało kto umiał budować doskonałe relacje z ludźmi i podtrzymywać je. O przyjaciół (ale nie tylko) troszczył się, martwił i wspierał ich. Pamiętał o urodzinach, imieninach, składał życzenia na święta. Zawsze oddzwaniał, nigdy się nie spóźniał (no chyba, że nie z własnej winy). Traktował innych poważnie, choć miał w sobie mnóstwo luzu i poczucia humoru. Mojej mamie regularnie kupował kwiaty i robił drobne upominki bez okazji. Zresztą nie tylko mojej mamie… Rozpieszczał nas wszystkie! I mnie od zawsze rozpieszczał. Zawsze robił wszystko, by spełniać nasze marzenia. Był podporą, opoką. Umiał przytulić, pogłaskać, ale i zmobilizować. Umiał pomóc i zawsze znajdował rozwiązania…

Był najwspanialszym tatą jakiego można sobie wyobrazić. Dał mi tak wiele. Dał mi cudowne, pełne miłości, beztroski i śmiechu dzieciństwo. Dał mi radość, poczucie, że jestem dobra, mądra i fajna. Dał mi akceptację. Akceptował i to jaka jestem i to co wymyślam. Zawsze mogłam na niego liczyć. Stał za mną murem -choćby nie wiem co. Byłam tego pewna bez cienia nawet wątpliwości. Wyprawił mi wspaniałą osiemnastkę, cudowne wesele, nigdy nie strzelał do narzeczonych z wiatrówki (choć wielokrotnie w żartach się odgrażał) i dawał mnóstwo zaufania. Kosmiczny kredyt zaufania, tonę swobody i morze zrozumienia.

Bo tata generalnie wierzył ludziom, ufał zakładając z góry dobre intencje i uczciwość i czasem spotykały go zawód, rozczarowanie, zaskoczenie. Nie mieściły mu się w głowie podwójne standardy, fałszywe zagrywki czy niczym nieuzasadniona nieżyczliwość. Dotykało go to, sprawiało przykrość, ale nie przywiązywał się nadmiernie do takich chwil. Miał szczęśliwą rodzinę, przyjaciół z którymi mógłby konie kraść.

Wszędzie było go pełno. Często dzwonił (o jak mi teraz brak tych jego telefonów!) żeby dowiedzieć się co słychać, podzielić się dobrą nowiną, zapytać jak wnuczki, które były sensem i szczęściem, które uwielbiał z wzajemnością zresztą. Był z nich tak bardzo dumny i tak bardzo pokazywał im na co dzień co to znaczy troska, miłość, zainteresowanie i zaangażowanie. Grywał z nimi w tysiąca, chińczyka, kupował chałeczkę, budyniówki, morelki i jagodzianki -jeszcze ciepłe. Znał ich sekrety, pomagał realizować marzenia (czasem w konspiracji!), wspierał, wysłuchiwał, woził na zajęcia dodatkowe i BYŁ! W każdej chwili! Zawsze dostępny…

I nagle już nie jest…

Pocieszam się, że teraz mamy niezawodnego Anioła Stróża, który, wierzę w to mocno, zarządza jakimiś ważnymi sprawami w niebie. I dba o nas, chroni, walczy jak lew…

W połowie grudnia odszedł… I nie wróci… I tak ciężko nie tylko w to uwierzyć, ale również z tym żyć.

Dziś mój tata obchodziłby 75 urodziny. Pewnie od rana odbierałby mnóstwo telefonów od swoich przyjaciół. Pewnie wspominałby te minione lata, żartował i z ogromną radością delektował się wypiekami i pysznym obiadem przygotowanym specjalnie na ten dzień przez mamę. Pewnie uśmiechałby się i pękał z dumy patrząc na swoje ukochane wnuczki -oczka w głowie. Pewnie zastanawiałby się jaką niespodziankę zrobić im na  na zakończenie roku szkolnego i przeżywał, że starsza- idzie do liceum, a młodsza już do trzeciej klasy. Byłoby gwarno i czule. W tle grałaby jego ulubiona muzyka… Pewnie tak by było, ale nie będzie…

Tato, kocham Cię nad życie…

 

fot. arch. prywatne

Szczęście zagubione – czyli kilka słów o śmierci

 

Photo by ᒷ⟁⨃.ᖇ.ᕮ.∥.ᕮ on Unsplash

 

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.