Odkąd pamiętam w moim domu zawsze pełno było zwierząt. Hodowałam, z sukcesem, ślimaki, znosiłam poszkodowane przez los ptaki, przetrącone przez życie koty i osamotnione przez człowieka lub przypadek -psy. Nigdy nie umiałam przejść obojętnie obok pokrzywdzonych stworzeń. Nie umiałam. No i dziwnym trafem stale wpadałam na takie bidy…

MOJE DZIECIŃSTWO BYŁO SZCZĘŚLIWE

Miałam dużo szczęścia, bo mieszkałam z rodzicami w dużym domu pod lasem gdzie cała ta hałastra spokojnie się mieściła. Na dodatek tata miał serce do wszystkich istot, więc jeździł ze mną do zaprzyjaźnionego weterynarza i ratowaliśmy te stworzenia dając im własny kąt lub szukając odpowiedzialnych ludzi, którzy zechcą się zaopiekować jedną czy drugą istotą.

Mama się trochę wkurzała, kręciła nosem, cmokała i patrzyła na nas spode łba, ale zawsze jednak akceptowała nasze nie do końca rozsądne pomysły. Nie umiała skazać na cierpienie nikogo. Poza tym zdawała sobie sprawę, że te zwierzęta przywracają mnie do życia, nadają mu sens. Z rówieśnikami bowiem nie za bardzo umiałam się porozumieć.

Byłam inna. Miałam w nosie to, jak jestem ubrana. Nie interesowała mnie ani moda, ani chłopaki. Nie potrzebowałam markowych rzeczy, by czuć się zadowolona. Do pełni szczęścia trzeba mi było kawałka futra, kilku piór i machającego ogona. No, dobrze mi jeszcze robił las, cisza, szum drzew i samotność. Taka byłam. Tata we mnie wierzył, a dzięki temu uwierzyłam w siebie również ja. Uwierzyłam na swój sposób.

NIE BYŁAM LUBIANA PRZEZ INNE DZIECI

Żyłam z boku. Uczyłam się przeciętnie. Czas zajmowała mi opieka nad moim stadem i wyprawy w knieje gdzie obserwowałam życie w innym wymiarze. Patrzyłam na kretowiska, obserwowała tuptające jeże, parzyłam na rosnące kopce mrówcze, przyglądałam się działalności bobrów. U mojego boku zawsze biegł Szogun – uratowany przeze mnie kundelek. Był nieduży, ale naturę miał tygrysa -swoje zdanie i ostre kły, kiedy ktoś chciał mu wejść na głowę. Był najwierniejszym towarzyszem codzienności jakiego znałam. Czasem odprowadzał mnie do szkoły i wracał do domu, a potem czekał na mnie pod jej bramą. Uwielbiałam go.

Żyłam sobie całkiem spokojnie, we własnym świecie aż do chwili kiedy jedna z moich koleżanek nie postanowiła udowodnić mi i wszystkim wokół, że jestem dziwakiem, kimś z innej planety nieprzystającym, niedopasowanym, ułomnym towarzysko i generalnie beznadziejnym. Zorganizowała sobie towarzyszy i bezustannie mi dokuczali. Mówili, że jestem inna, że jestem niedopasowana, że nie lubię ludzi, że mam stale łajno końskie za paznokciami, że nawet nie umiem się ubrać, że nikt mnie nie lubi, a na dodatek jestem brzydka i mało zgrabna. Jeden chłopak łaził za mną i szczekał, twierdząc, że tak się pewnie szybciej dogadamy. Inni udawali, że mnie nie słyszą i stale gadali coś za moimi plecami. To było bardzo przykre. trudne do zniesienia.

Atmosfera w krótkim czasie stała się tak nie do wytrzymania, że całkowicie odechciało mi się do tej szkoły chodzić. Robiłam milion uników i znikałam w swoim  – bezpiecznym świecie. Chodziłam do szkoły w kratkę symulując bóle głowy, brzucha i co tam jeszcze można było sobie wyobrazić. Rodzicie ciągali mnie po kolejnych lekarzach, jednak żaden z nich nie umiała podać przyczyny mojego złego samopoczucia.  I pewnie dalej tak by było gdyby nie przypadek.

PRZEZNACZENIE SPADA NA NAS ZNIENACKA

Pewnego dnia gdy wracałam z tej znienawidzonej szkoły na torowisku dostrzegłam jakąś osobę. W tle majaczył pociąg. Niewiele myśląc zawołałam Szoguna i pobiegliśmy w kierunku nieszczęśnika. Okazał się nim być mój kolega z klasy, ten, który szczekał i uprzykrzał mi systematycznie szkolną egzystencję. Kiedy mnie zobaczył zaczął płakać i wrzeszczeć, że mam sobie iść, bo on tu czeka na swoje przeznaczenie. Był wściekły, zdesperowany i bardzo przybity. Nie wiedziałam co robić, a czasu było coraz mniej. Spojrzałam na swojego psiego druha i oboje niczym taran rzuciliśmy się na Staśka strącając go z torów. Kilkanaście sekund później obok nas przetoczył się z łoskotem pociąg.

KOLEJNY ETAP -PRZYJAŹŃ

Nie zamierzałam nikomu mówić o tym strasznym doświadczeniu po którym płakaliśmy ze Stasiem z przerażenia. To On, mój kolega postanowił opowiedzieć o tym zdarzeniu rodzicom. Historia się rozniosła, a jej efektem ubocznym, poza dyplomem za bohaterską postawę, który otrzymałam od władz miasta, był SPOKÓJ. Wreszcie mogłam być sobą i już nikt nie uprzykrzał mi życia. Poza tym zyskałam przyjaciel -Stanisława, który od tej pory wspólnie ze mną i Szogunem przemierzał lasy i łąki.

Lata mijały. Skończyłam liceum, a potem weterynarię -na której wreszcie czułam się w swoim żywiole. W międzyczasie przyszło mi pożegnać się z Szogunem – to było straszne doświadczenie. Bez jego rozmachanego ogona świat zionął pustką i smutkiem. Nawet silne ramie Stasia nie pomogło mi ukoić tego bólu. To była niepowetowana strata.

DOROSŁOŚĆ WAŻY KILKA TON

Stanisław skończył matematykę w Warszawie. Wynajął mieszkanie i prowadził kawalerskie życie. Czasem się spotykaliśmy, czasem rozmawialiśmy przez telefon. Był moim najbliższym przyjacielem. Żyliśmy jednak w całkiem innych światach. Ja uczyłam się anatomii zwierząt, chemii, robiłam praktyki i tak dalej, a Stasiek szukał miłości życia rozwiązując skomplikowane ciągi matematyczne.

Po studiach, które skoczyłam z wyróżnieniem zaczęłam pracować w zawodzie. Przeprowadziłam się na wieś i otworzyłam prywatną praktykę. Szybko odnalazłam się w tamtejszym świecie. Mieszkańcy zaakceptowali mnie i polubili. Zawsze mogli liczyć na moją pomoc i wsparcie, a ja mogłam liczyć na nich! Pracowałam właściwie całą dobę w wolnych chwilach angażując się w poszukiwanie domów dla porzuconych zwierząt i opiekę nad podrzucanymi mi regularnie kotkami. Miałam mnóstwo radości, całą furę strapień i ciągłe niedobory finansowe.

MĘŻCZYŹNI ROZCZAROWALI MNIE, TATA OPUŚCIŁ…

Po trzydziestce zorientowałam się, że czas leci. Zaczęłam się zastanawiać czy nie poszukać kogoś jeszcze… do kochania. Kogoś, kto zamiast racic ma stopy, ręce i mówi po ludzku, a nie chrumka. Poszłam nawet na dwie randki, ale rozczarowanie jakie przeżyłam osobnikami płci męskiej utwierdziło mnie jedynie w przekonaniu, że jestem jednak z innej planety i nie powinnam szukać miłości, bo znajdują ja tylko w sercach zwierząt. I wtedy zdarzyło się coś, co zmusiło mnie do porzucenia na czas jakiś mojego wiejskiego azylu i znowu skłoniło do zweryfikowania pewnych poglądów. Zmarł mój najukochańszy tata.

Wróciłam do domu rodzinnego, gdzie wszystko kojarzyło się z nim. Pachniało nim. Poczułam się samotna. Pierwszy raz od momentu kiedy uratowałam Stasia. Byłam sama, wyobcowana. Nie było taty, Stasiek miał swoje życie, nie było też Szoguna. Mama zachowywała się jak to ona. Jakby nic się nie stało. Mówiła, połykając łzy, że życie musi się toczyć dalej. Tuż przed pogrzebem przekazała mi list, który zostawił dla mnie tata. List, który napisał wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem-ledwie kilka dni przed swoją tragiczną śmiercią.

Najukochańsza moja córko,

Nikt nie wie kiedy przyjdzie nam odejść z tego świata. Dlatego, tak na wszelki wypadek, piszę do Ciebie już dziś.

Zawsze byłaś mi najbliższym na świecie człowiekiem. Zawsze byłem z Ciebie dumny, kibicowałem Ci, podglądałem jak kroczysz swoją drogą i pękałem z dumy. Żyłaś po swojemu niezależnie od ceny jaką musiałaś zapłacić za tę swoją idealistyczną inność. Jesteś bezsprzecznie najlepszym, najdelikatniejszym człowiekiem jakiego przyszło mi znać. Masz cudowną duszę i oczy, które widzą znacznie więcej. I serce otwarte, pełne miłości i piękna.

Kochanie, chciałbym Cię prosić tylko o jedno. Pomagając innym nie zapominaj o sobie. Jesteś wyjątkowa i warto, byś miała kogoś, kto podniesie Cię kiedy upadniesz, kto poda ci rękę, kiedy się potkniesz. Zobaczysz jakie piękne barwy ma wtedy świat. Jak wiele więcej można pomóc innym gdy obok jest drugi silny człowiek. Jak siła miłości ułatwia życie i prostuje drogi.

Tymczasem do zobaczenia. Gdziekolwiek jestem -kocham nad życie!

xxx Tata

Czytałam ten list i płakałam. Płakałam i czytałam. Tata wiedział, że życie w pojedynkę jest trudne. Nie przypuszczałam, że tak bardzo martwi go moja samotność i pragnie bym  dzieliła z kimś swój los. Nie sadziłam również, że jest ze mnie aż tak dumny. Postanowiłam zmienić swoje życie. Nie, nie nie za bardzo, ale jednak…

POSTANOWIŁAM, ŻE MUSZE COŚ ZMIENIĆ

Tata, całe życie był mi wsparciem. Cudowną duszą, która czytała w moich myślach i czuła jak ja. Musiałam uporać się z jego nagłym odejściem. Pomóc mamie. Poskładać nasz rozsypany świat. Na jakiś czas zawiesiłam na kołku swoją praktykę weterynaryjną. Powiedziałam, że wrócę jak znajdę siebie. Jak odnajdę szczęście.

Pogrzeb był wzruszający. Przyszło mnóstwo ludzi. Tata, znany społecznik, dobry, przyzwoity człowiek żegnany był ze łzami w oczach przez tłum. Zastanawiałam się czy spodziewałby się kiedykolwiek, że w jego ostatniej drodze weźmie udział aż tyle osób. Kiedy po mszy kondukt kierował się do miejsca spoczynku -wśród ludzi zobaczyłam przedzierającego się Staszka. A jednak przyjechał…

CZASEM WARTO DAĆ SOBIE SZANSĘ

Po uroczystości i stypie poszliśmy na spacer w nasze ukochane knieje. Łaziliśmy wśród drzew, wspominaliśmy, ja płakałam trochę, Stanisław pocieszał mnie i podnosił na duchu. Pod koniec spaceru zapytałam go jak chce ułożyć sobie życie. Czy kogoś ma. Powiedział mi, że właśnie zakończył związek z Jolą, którą zdążyłam poznać i chciał zapytać mnie czy nie moglibyśmy spróbować. Znamy się tyle lat, przyjaźnimy. On już wie, że najważniejsza w związku jest właśnie przyjaźń, bo namiętność z czasem blednie i słabnie, wiec pomyślał, że może byśmy spróbowali…

No nie było to bardzo romantyczne wyznanie, ale zrozumiałam, że czekałam właśnie na te słowa. Czekałam tak długo. Od zawsze marzyłam w skrytości ducha, że Staś i ja będziemy parą. Zanim jednak stanęliśmy na ślubnym kobiercu minęło kolejnych kilka lat. Musieliśmy rozliczyć się z demonami przeszłości -ja byłam bardzo zazdrosna o życie uczuciowe Staszka, bo sama nie miałam żadnych doświadczeń, a on miał ich bez liku…. Kolejnym problemem okazało się to, gdzie zamieszkamy. Ja chciałam wracać na wieś do swojego gabinetu weterynaryjnego, a Stasiek miał pracę w mieście. Tych różnych przeszkód było sporo, ale udało się je jakoś ominąć.

Nasz związek z każdym miesiącem rósł w siłę. Wspieraliśmy się, dogadywaliśmy i fajnie było nam razem. Z czasem pojawiła się miłość. Przychodziła powoli, stopniowo. Czy była namiętność? Trudno stwierdzić. Było nam razem po prostu spokojnie i dobrze. Umieliśmy się słuchać i pocieszać, kiedy była taka potrzeba. Zamieszkaliśmy pod lasem. Ja miałam swój mały świat psiejsko-czarodziejski, Stasiek każdego dnia dojeżdżał do miasta do pracy.

RAZEM CHOĆ OSOBNO, ALE ZAWSZE PO SWOJEMU

Nigdy nie zdecydowaliśmy się na dzieci. Oboje nie tęskniliśmy za tupotem bosych stópek. Wystarczyło nam nasze wspólne towarzystwo. A ile się nasłuchaliśmy… Że dziecko da nam pełnię szczęścia, że bez dziecka to jakoś tak dziwnie, że zwierzęta nam zastępują dzieci… Daliśmy radę, przetrwaliśmy.

Teraz nadal jestem Kobietą z Innej Planety tyle, że starszą, bardziej pomarszczoną i zrzędliwą. Zbieram i suszę zioła, mam swoją pasiekę, leczę okoliczne stworzenia, przygarniam potrzebujące istoty i mam Stasia. Faceta z jajami, który nie wstydzi się żony „dziwaczki”. Nie, nie wyglądam jak jedna z tych miastowych, zadbanych kobiet ze STASINEGO KORPO. Latam w ubabranych błotem galotach i mam szaleństwo w oczach.

Od lat funkcjonujemy ze Staśkiem na własnych zasadach. Wbrew światu, logice i modzie. Ja jestem okoliczną czarownicą unoszącą się pięć metrów nad ziemią, on eleganckim Panem Analitykiem z dobrze płatną praca. Spotykamy się w naszym drewnianym domu, rozpalamy ognisko, wędzimy, wekujemy, pielimy i śmiejemy się do rozpuku. Nikt nas nawet nie słyszy – w tej naszej głuszy. Nikt z wyjątkiem stworzeń, którymi się otoczyliśmy. Z którymi nam po drodze.

NIEGDYŚ JA URATOWAŁAM MU ZYCIE, POTEM ON OCALIŁ MNIE, CHYBA BYLIŚMY SOBIE PISANI!

Żyjemy na styku dwóch światów. Świata Wielkomiejskiego, w który na co dzień zanurzony jest mój mąż i świata wiejskiego, który wchłonął mnie bez reszty. Ktoś mi kiedyś powiedział, że trudno żyć w dwóch różnych bajkach. Większej bzdury nie słyszałam. Przy odrobinie dobrej woli można wszystko! Trzeba dać sobie tylko szansę. Spróbować!

Nie zawsze da się cofnąć czas…

Photo by Halanna Halila on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 158
  •  
  •  
  •  
  •  
    158
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.