W poprzedniej części Anna złamała swoje postanowienie decydując się sprawdzić poczytę i ewentualnie przeczytać emaila od Ewy. Chciała dać jej szanse wyjaśnić i ostatecznie zamknąć tę znajomość. Raz na zawsze.

Są takie przewiny, których nie da się zapomnieć. Zachowanie Ewki było jedną z nich. Bezsprzecznie. Nigdy, niezależnie od stopnia zaawansowania mojej samotności i frustracji, nie przychodziło mi do głowy żeby podrywać partnera mojej przyjaciółki. Zresztą, co ja mówię, facet posiadający swoją kobietę zawsze był zakazany i tyle. KAŻDY. Taka babska solidarność. Przyzwoitość. Nic szczególnego.

Nie myliłam się. Jednak jeszcze odrobine Ewkę znałam-napisała. Emaila zatytułowała -„wyjaśnienia bezlitosne”. Kliknęłam w wiadomość i zanurzyłam się we wciągającej lekturze. Nie przytoczę ci całości, bo mogłabyś umrzeć z nudów, albo zatruć się jadem…. Z grubsza najpierw wylewała swoje gorzkie żale związane z moja łatwowiernością, naiwnością i uzależnieniem od Arnolda. Potem atakowała wyciągając mi jakąś ogromną wewnętrzną metamorfozę, która spowodowała, że nie dało się ze mną normalnie przyjaźnić, bo skupiłam się na sobie w stopniu krytycznym. Dalej było tylko ciekawiej. Wyrzuty, pretensje, ataki. Na końcu przedstawiła mi swoją wersję wydarzeń znacznie odbiegającą od tej, którą uraczył mnie mój ukochany. Wedle jej słów- została brutalnie zaatakowana, niemal zgwałcona i zniszczona psychicznie, a Arnold to zwykły świr i szaleniec. Wiadomośc kończyło kilka mocnych zdań usiłujących przestrzec mnie przezd tym człowiekiem i prośba, że kiedy  wreszcie wytrzeźwieję -mogę zawsze się do niej odezwać. No w skrócie-błądzić rzecz ludzka…

Nie wierzyłam w ani jedno jej słowo. Czułam, że kłamie, wymyśla i mija się z prawdą. Zwał, jak zwał. Gdyby miała odwagę przyznać się do swojego idiotycznego wyskoku, być może zachowałabym do niej jakąś resztkę sympatii. Teraz jednak czułam tylko żal, smutek, rozczarownie totalne i zażenowanie. Jak mogła. Jak mogła po tym wszystkim co razem przeżyłysmy, co nas łaczyło…

Dzień upłynął mi szybko. Przy pomocy kawy, szarlotki i obowiązków jakoś otrząsnęłam się z tego emailowego szoku. Przyszła rehabilitantka, z którą dzielnie ćwiczyłam w kompletnym milczeniu. Tak zamkniętej w sobie osoby jeszcze nigdy nie spotkałam! Pani Alina była szczelnie ukryta przed światem. Opakowana w milczenie i powagę. Mówiła tylko o tym jak ćwiczyć, na co zwracać uwagę, a czego nie robić w żadnym wypadku. Kawy, herbaty, ciasta odmawiała, a na próbę kontaktu tylko burczała mówiąc -no dobrze, ale mamy ćwiczyć, a nie rozmawiać… Po kilku nieudanych próbach nawiązania jakiejkolwiek relacji -poddałam sie totalnie.

Potem wyszłam na długi spacer z Fifi. No dobrze, gdyby Arnold o tym wiedział zawisłabym na żyrandolu. Bardzo bał się o mnie. Prosił żebym pod jego nieobecność samotnie nie spacerowała po parku, ale nie dałam rady. Było tak cudwone słońce. Wymknęłam się z domu jak warownej twierdzy. Byłam wolna. Kiedy snułyśmy się wśród drzew czułam, że żyje. Oddychałam pełną piersią wciagając zapachy wczesnej jesieni. Było pięknie.

Kiedy wróciłam do domu włączyłam cicho płytę Franka Sinatry i zabrałam się za przygotowywanie ciepłej kolacji dla nas obojga. Krojąc warzywa na leczo zaczęłam kombinować. Kombinować nad tym, co powinnam zrobić ze sobą dalej. Przyszło mi do głowy, że przecież nie mogę resztę życia gnić schowana w ładnym domu. Nie mogę zajmować się tylko gotowaniem, spacerowaniem i pielęgnacją własną. Kurcze, zawsze byłam ambitna. Na studiach miałam piątki od góry do dołu. Nauka przychodziła mi łatwo. Zmuszenie się do wysiłku, również. Byłam ambitna i pracowita i co? I teraz miałabym tak po prostu utknąć?

Kiedy wrócił Arnold podzieliłam się z nim swoimi spostrzeżeniami, ale on nie odpowiedział mi nic. Pokręcił głową, objął w pasie i cmoknął w czoło. Po chwili cofnął się do przedpokoju i wrócił z naręczem kwiatów. Nachylił się nade mną i wyszeptał mi do ucha, że kocha mnie nad życie, że jestem spełnieniem jego marzeń i snów, że życie beze mnie jest puste i denne. Powiedział jeszcze kilka rzeczy, ale z przyzwoitości zachowam to dla siebie…

A ja? Poczułam, że unoszę się pięć metrów nad ziemią. Z nim- w duecie- mogłam wszystko. W głowie rodził mi się plan, ale na początek pomyślałam o dziecku. Byłam już na to gotowa. Chciałam spróbować…

Arnold i Spółka (cz. 70)

Photo by Nicola Fioravanti on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 18
  •  
  •  
  •  
  •  
    18
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.