W poprzedniej części Anna poszła po bandzie. Postawiła wszystko na jedną kartę. Nakłamała magistrowi Kowalskiemu żeby wziąć nieoczekiwany urlop i sportowym samochodem, w towarzystwie Arnolda i Fifi wyruszyła do Jastrzębiej Góry, w poszukiwaniu miłosnych wrażeń. Zwariowała?

Zwariowałam, oszalałam, a głowę straciłam na bank! Zakochana kobieta jest trochę szalona. Trochę, dobre sobie! Ja byłam bardzo szalona, albo jeszcze bardziej. W głębi duszy cieszyłam się jak małe dziecko z pączka z lukrem albo lizaka. Zdawało mi się, że właśnie spełnia się moje największe marzenie. Byłam o krok od skakania do góry w dzikimi okrzykami radości. Znowu! Kolejny raz w życiu! Czułam jakby właśnie klamka zapadła. Od teraz jesteśmy już oficjalnie parą. Pan Arnold i Pani Anna Więzadło. Jak to brzmi?

Zastanawiałeś się kiedyś, co wyznacza datę początkową związku? Pierwsze spotkanie, pocałunek, tet a tet czy deklaracja ustna, słowna? Ja właśnie nad tym deliberowałam. Może warto spełnić kilka podpunktów żeby związek zaczął się z przytupem?! Z wykrzyknikiem, nie pozostawiając żadnych złudzeń i niedopowiedzeń?!My mieliśmy za sobą już wszystko, nawet wyznania miłosne. Brakowało jednie deklaracji, czegoś na kształt zaręczyn. A może to jednak trochę za wcześnie. Chyba się troszkę rozpędziłam! Oj tam, oj tam. W pewnym wieku człowiekowi puszczają hamulce! Czyżbym stawała się niecierpliwa? Kurza twarz…

Pamiętałam z dawnych lat, że z nowym ukochanym  nie powinno się poruszać kwestii dzieci, żeby go nie spłoszyć. Postanowiłam, że nie dotknę także kwestii rzeczonych zaręczyn, ślubu ani tym podobnych. Zastanawiałam się czy skoro żona Arnolda zaginęła i nie została odnaleziona to nadal formalnie są małżeństwem? Czy może jednak prawo jakoś reguluje te kwestie? Muszę w wolnej chwili pogrzebać w Internecie.

Tymczasem ubraliśmy się i poszliśmy na spacer nad morze. Chcieliśmy zdążyć jeszcze przed kolacją. Trzymając się za ręce przemierzaliśmy wąski pas lasu, który oddzielał nasz hotel od stromego zejścia po drewnianych stopniach,prosto na szeroką plażę. Widok był oszałamiający. Wzburzona woda szumiąca w uszach, mewy i rybitwy kołujące nad jej powierzchnią i jasny piach zmieszany ze śniegiem. Chciałam napatrzeć się na zapas. Napatrzeć, nasłuchać, nacieszyć chwilą.

Ostrożnie zeszliśmy na plażę. Rozmowa toczyła się gładko, spokojnie. Dzisiaj do naszej relacji wkradło się przepysznie dużo czułości, delikatności i bliskości. Arnold gładził mnie po włosach, patrzył odważnie prosto w oczy.  -Czy wiesz, że cię uwielbiam, powiedział w pewnej chwili. Uwielbiałam kiedy tak mówił. Rozpłynęłam się. To wszystko było takie niewyobrażalnie piękne, tak cudowne że aż mało realne. Chwilami miałam wrażenie, że śnię.

Czym sobie zasłużyłam, że pojawił się w moim życiu? Skąd wiedziałam, że warto o niego walczyć? Skąd wziął się mój upór i pewność? Zadawałam sobie setki pytań na które nie znajdowałam odpowiedzi. Tak chyba miało być i tyle. Był mi pisany. Przeznaczony. Zupełnie tak samo jak ospa w czwartej klasie podstawówki, Ewka na którą napatoczyłam się pozornie znienacka, Fifi, która mi spadła z nieba i szwankująca, co i rusz, tarczyca. Tak miało być i już! Najwidoczniej.

Kiedy rozanieleni wróciliśmy do hotelu, ni z gruszki ni z pietruszki, przypomniałam sobie o liście, a właściwie dwóch listach  w niebieskich kopertach. Jak mogłam o tym w ogóle zapomnieć?! Wsadziła rękę do torebki i wygrzebałam pomiętą korespondencję. Położyłam na stoliku nocnym żeby przeczytać zaraz po powrocie z kolacji. I wyszliśmy z pokoju…

Arnold i Spółka (cz. 28)

Photo by Linda Xu on Unsplash

 

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.