Z zamyślenia wyrwał ich głos kelnera. Pytał czy smakuje wino i informował, że kolacja podana będzie za kilka minut. Mówił do Niego, ją omijał wzrokiem. Zastanawiała się dlaczego? Czy jest już tak stara, że mężczyźni przestali na nią zwracać uwagę? Już nawet na nią nie patrzą. A może to za sprawą zbyt mocnego makijażu, może pomyślał, że jest zbyt wulgarna, nie ma klasy?
On spojrzał ponownie na czasomierz. Odkąd przyszli nie zamienili nawet słowa, a siedzieli tu dobre dwa kwadranse. Zastanawiał się jak jej to powie, w te piętnastą rocznice ślubu i jak ona na to zareaguje.

Widziała, że jest zdenerwowany. No, może nie zdenerwowany, ale jakiś inny, trochę bardziej rozkojarzony niż zwykle. Pod maską spokoju bulgotała, zdawało jej się, lawa emocji.  Zastanawiała się jak ma to rozumieć. Jednak wspólnie spędzone lata nauczyły ją że zamiast pytać i drążyć, lepiej poczekać. W milczeniu delektowała się winem czekając na rozwój wydarzeń.

Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy od razu pomyślała, że mógłby być jej mężczyzną. Był silny, pewny siebie i spokojny. Bardzo w jej typie. Męski jak cholera, trochę zblazowany i lekko zdystansowany do świata. Widać, że kilka lat starszy. Dojrzalszy, bardziej doświadczony. Kiedy weszła do pomieszczenia w którym stał, otoczony wianuszkiem, dziewczątek ich spojrzenia się spotkały. Widziała, że zwrócił na nią uwagę. Poczuła się wyróżniona.

Nigdy nie zabiegała o męską atencję. Faceci zawsze byli i zawsze się o nią starali choć nie wyglądała wcale jak Marylin Monroe. Miała problem żeby rozróżnić cienką granicę między przyjaźnią, a podrywem. Kilka razy bardzo się rozczarowała. Kiedy kolejny „przyjaciel” usiłował ja zaciągnąć do łóżka postanowiła zakończyć męsko-damskie przyjaźnie. Raz na zawsze. Tak, czy siak lubiła mężczyzn. Doskonale czuła się w ich towarzystwie. Umiała sprawiać, że czuli się wyjątkowi i… była nieuchwytna.

Zanim go poznała spotykała się przez rok z jednym chłopakiem. Było trochę bez emocji. Wychodził sobie tę miłość. Wydreptał. Łaził za nią, pocieszał, podziwiał, kupował kwiaty, był jak plaster miodu. Chciał ją mieć jednak na wyłączność. Wszędzie razem, zawsze a rękę, bezustannie w uścisku. Kiedy postanowiła przerwać tę relację – odchodził od zmysłów. Może gdyby nie błagał, nie tarzał się u jej stóp coś by jeszcze z tego było?

Potem miała krótki romans z bratem koleżanki. Zawrócił jej w głowie jak nikt. Był cudowny – cholernie przystojny, uśmiechnięty, czuły i zwariowany. Przez kilka chwil żyła jak na karuzeli. Impreza, kino, teatr, oglądanie gwiazd na dachu wieżowca, wino pite nocą w plastikowych kieliszkach w zaroślach, nad brzegiem Wisły, koncert, niepoodziewany wypad nad morze na… kilka godzin. Była jak w transie. To było jak sen o miłości. Harlequin w czystej postaci. Było intensywnie, niegrzecznie i słodko. Do czasu kiedy nagle Romeo zniknął. Przestał dzwonić, przestał przychodzić, zapadł się pod ziemię. Skuliła się w sobie. Koleżanka wyciągnęła ją na imprezę gdzie zobaczyła Jego…

Przyglądał jej się intensywnie, zauważyła to ale zignorowała. Miała w nosie dzikie porywy serca przez które chodziła potem pokancerowana i smutna. W końcu wymyślił jakiś pretekst i podszedł do niej. Po kilku kurtuazyjnie okrągłych zdaniach zaprosił ją do tańca. No nie miała ochoty, więc odmówiła. Jego mina była bezcenna. Wypisz wymaluj- Szanowny Arcyksiążę w głębokim szoku. Nie odpuścił jednak. Chyba poczuł zew walki. Mimo kosza, jakiego bądź co bądź dostał, rozmawiali dalej. Ona trochę podprogowo czarowała udając obojętność. Wewnętrznie czuła, że ten facet mógłby być kimś ważnym. Mądrze mówił, był silny, mocny, pięknie pachniał, miał ładne zęby i cudowne oczy. On, usiłował nie okazywać coraz głębszej fascynacji…

Koło 23 zamówiła taksówkę i wychodząc machnęła mu ręką. Podszedł, pozornie niespiesznie, i zapytał czy się z nią spotka – odparła, że nie umawia się z nieznajomymi (potem wielokrotnie zastanawiając się skąd wziął się jej ten infantylny tekst). Poprosił o numer telefonu, odrzekła, że nie ma. Kiedy spojrzał jej głęboko w oczy poczuła, że ta taksówka jest jej ostatnią deską ratunku. Powiedziała, -pa i pobiegła.

Odnalazł ja dzięki wspólnej znajomej. Kiedy zobaczyła go, biegnąc na zajęcia, na Krakowskim Przedmieściu czuła, że to nie przypadek. Wyobrażała sobie ile go kosztuje ta szopka. Grała jednak w tym przedstawieniu od początku do końca. Udała zaskoczoną, on także. Wymienili kilka słów. Zapytał czy pójdzie z nim na kawę. Ona zapytała, po co. Roześmiali się oboje. Po zajęciach umówili się na Nowym Świecie w jego ulubionej knajpie. Było genialnie. Kawa doskonała, poczucie humoru najwyższych lotów, iskrzenie tysiąc procent normy. Gdyby tak mogła go bezkarnie pocałować. O co to, to nie – myślała śmiejąc się w duchu. Postanowiła go trochę powodzić za nos. Nie chciała znowu paść ofiarą beztroskiego Piotrusia Pana. Wiedziała, że jeśli coś z tego ma być – musi go odrobinkę przeczołgać (przykre, prawda?!).

Potem przez kilka tygodni prowadzili swoistą gierkę (a właściwie to chyba ona prowadziła). Mijali się, wpadali na siebie, potem ona znikała z zasięgu, a on jej szukał. Nie zniechęcił się, nie odpuścił. Chyba się uparł. W końcu opadła z sił. Poddała się. Weszła w tę znajomość całą sobą ale z silnym postanowieniem, że już nie da się mu opleść, zniewolić. Chciała być niezależna i wolna. Widziała, że trochę go to złości, ale nie zamierzała niczego zmieniać.

Kiedy po czterech latach względnej idylli poprosił ja o rękę – zgodziła się. Kochała go, fascynował ją i intrygował. Nadal nie miała go dość, wiec uznała, że to dobry prognostyk. Zamieszkali razem, pobrali się. Kiedy zaszła w ciążę musiała zwolnić tempo pracy, bo kiepsko się czuła. On zaczął brać więcej dyżurów z myślą o przyszłości. Szpital stał się jego drugim domem. Operacje, konsultacje, telefony od pacjentów. Podziwiał go i doceniała. Chciała też odciążyć, więc wzięła na głowę wszystkie domowe obowiązki. Plus  opiekę nad dziećmi, bo dwa lata po pierwszej córce urodziła się druga. Potem do tych obowiązków doszła jej jeszcze praca, którą uwielbiała. Nie miała czasu na nic. Czuła się zmęczona. Czas leciał…

Nie chciała go martwić, sprawiać mu problemów, absorbować sobą. Wracał z pracy tak bardzo zmęczony. No i ta odpowiedzialność… Stał się nieobecny, bardziej oschły, mało nią zainteresowany. Sympozja, wyjazdy, publikacje… Na wszystko miał czas tylko nie na nią. Zrobiło jej się cholernie przykro. – Co się z nami stało, pomyślała?!

Z zamyślenia wyrwał ją  głos kelnera i wjeżdżające na stół, parujące potrawy. Spojrzała na niego lekko szklistymi oczami. Może jej się tylko wydawało, ale patrzył na nią całkiem inaczej niż zwykle…

Na zawsze razem (cz. 4)

 

Photo by Vincenzo Landino on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.