W poprzedniej części Anna dostała po nosie od losu. Znowu! Nie dość, że zakończyła znajomość z Ewą to jeszcze dowiedziała się od przerażonych rodziców, że ktoś czyha na jej życie. Ta lawina złych wiadomości spowodowała, że nasza dzielna farmaceutka poczuła zwątpienie. Była w potrzasku. Miała pecha…

.

Tego było już za dużo. Najpierw te pogróżki w niebieskich kopertach, potem wypadek, utrata ciąży i duże problemy zdrowotne, niesnaski z przyjaciółką, a teraz jeszcze to… Do diabła, co to miało być?! Jeszcze kilkanaście miesięcy temu miałam pewność, że oto i los wreszcie się do mnie uśmiechnął. Znalazłam portfel z dużą sumą pieniędzy i poznałam tajemniczego, ale dziko fascynującego faceta, który zakochał się we mnie bez pamięci. Takie rzeczy to tylko w filmach, albo bajkach. Ja tymczasem przeżywałam to na własne skórze i byłam tak bardzo szczęśliwa.

Planowaliśmy nawet założyć rodzinę. Byłam rozpieszczana, noszona na rękach i zapewniana o gorących uczuciach. Jadłam rzeczy, których nigdy wcześniej nie próbowałam, chodziłam w miejsca o których kiedyś mogłam tylko pomarzyć, pachniałam tak, że aż mi samej zapierało dech w piersiach, nosiłam świetne gatunkowo ubrania z metkami od znanych projektantów, a na dodatek dostawałam to wszystko w prezencie. Jako zapewnienie o miłości. Jedynej, prawdziwej, gorącej. I nikt niczego nie oczekiwał w zamian…

Dzięki Arnoldowi w moim sercu zagościło lato. Upojne. Upalne. Pełne radości. Aż do tego feralnego wypadku pierwszy raz czułam, że żyję tak, jak zawsze chciałam. Wszystko mi się udawało. Szło jak po maśle. O czym bym tylko nie pomyślała -materializowało się i to na dodatek w tempie ekspresowym.

Cały czas patrzyły na mnie zakochane oczy, więc i ja zaczęłam odkrywać w sobie prawdziwe piękno.Dostrzegłam potencjał, zauważyłam mocne strony, zniknęły za to braki, niedociągnięcia i drobne potknięcia matki natury. Zmarszczki przy oczach dodawały mi uroku, spory biust zapakowany w dobry biustonosz -był seksowny, a nie uciążliwy, nawet lekko zaokrąglony brzuszek zrobił się ultrakobiecy, a nie otłuszczony. Byłam mu za to wdzięczna. Za to, że pokazał mi jak można kochać nie wrzeszcząc, nie oceniając,  nie uchylając się od odpowiedzialności i nie kombinując.  Jak można kochać na serio i być w czyimś życiu na poważnie. Nie bać się stanąć w fartuchu przy blacie kuchennym i szatkować składniki do sałatki, nie bać się spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć co się czuje, nie bać się taszczyć troszkę ciut za bardzo pijanej kobiety uwieszonej przez ramię.

Był na każde skinienie choć czasem chrapał, potrzebował czasu dla siebie, miał drobne sekrety, był pedantem i przywiązywał ogromną wagę do swojego wyglądu. Kiedyś miałabym mu to pewnie za złe, bo uważałam, że PRAWDZIWY FACET jest trochę niedogolony, odrobinę niechlujny. Nie mieściło mi się w głowie, że mężczyzna może chodzić do barbera, kosmetyczki i spędzać dobrych kilka minut każdego poranka przed lustrem, a potem przed zapakowaną po kokardkę -szafą!

Arnold całkowicie przemeblował moją definicję męskości. Zrównał z ziemią wszystkie moje minione opinie na ten temat. Przestałam definiować. Wystarczyło mi, że był. Pilotował mnie, woził, ułatwiał życie, ratował, dopieszczał i patrzył. Z zachwytem. Nie uciekł także po wypadku, a przecież mógł. Tak zrobiłoby wielu mężczyzn. Mimo problemów, trosk i łez -był obok. Wytrzymał moje humorki, gorsze nastroje, walczył o zdrowie. A przecież on tez stracił dziecko… I to przez moją nieuwagę. Nigdy nie usłyszałam w jego głowie choćby cienia pretensji, drobnego wyrzutu!

Tak, bezsprzecznie kochałam go nad życie -choć teraz trudniej było mi mu to okazać, bo miotałam się z sama sobą, bałam się. Tak, chciałam być z nim, wierzyłam mu i ufałam choć czasem czułam się zamknięta w fortecy zbudowanej z jego miłości. Tak, wierzyłam, że dzięki niemu całe te pokręcone historie, ze mną w roli głównej, znajdą szczęśliwe zakończenie. Nie wyobrażałam sobie ani przez chwilę, że mogłoby być inaczej…

Arnold i Spółka (cz. 53)

Photo by Louis Maniquet on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.