W poprzedniej części Anna poznała historie małżeństwa Arnolda. I jego dramatu. Była wstrząśnięta i przerażona. Zdawało jej się, że nie można bać się już bardziej.

 

W jakim ogromnym błędzie byłam myśląc, że przerażenie, które czułam do tej pory jest najogromniejsze z możliwych. Nie było. Jak słabo człowiek zna rozciągliwość swoich granic. Jak niewiele wie o sobie dopóki życie go nie przećwiczy, nie pokaże swojego ciemnego oblicza. Od kilku sekund, a może minut siedziałam pod łóżkiem zastanawiając się co teraz. Zdrętwiałam. Byłam jak słup soli gotowa walczyć na śmierć i życie jeśli będzie taka konieczność (i o ile udałoby mi się wygramolić z tej jakże oczywistej kryjówki). Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach. Słyszałam każdy szelest, najdrobniejszy ruch. Wydawało mi się, ze mam sensory nastawione na wysokie rejestry. Zdawało mi się, że niemal czuje ruch powietrza, drgania energii, podmuch złych lub dobrych wibracji.

Czas leciał w swoim rytmie całkowicie poza moja kontrolą. Pies zamilkł jakby wybiegł w ogóle poza teren na którym stał dom, nastała koszmarnie niepokojąca martwa cisza. Było przeraźliwie ciemno. I głucho. Okrutnie głucho. W tle pobrzękiwały jedynie, niczego nieświadome, świerszcze. A ja? Kalkulowałam. Zastanawiałam się co powinna zrobić. Na wszelki wypadek nie robiłam nic. Nie wyczołgałam się spod tego łóżka tylko dlatego, że bałam się żeby nic nie zepsuć. Żeby nie wejść w drogę Arnoldowi. Tak bardzo chciałam pomóc, być przydatna. Zdawałam sobie jednak sprawę, że to ja jestem zwierzyną łowną. Że to na mnie poluje ten psychol. Zabijając, unieszkodliwiając mnie -zrobiłby kolejny raz największą krzywdę Arnoldowi. I o to mu chyba, w gruncie rzeczy, chodziło…

Skroń pulsowała, oddech bolał i świszczał mi w uszach. Z całej siły mocowałam się ze swoją wyobraźnia. Podpowiadała straszne rzeczy. Próbowałam ją wyłączyć. Wymyślić świadomie, jakieś alternatywne scenariusze. Śpiewałam w myślach, przypominałam sobie miłe zdarzenia, wracałam wspomnieniami do beztroskiego dzieciństwa. Przekonywałam się, że to zabawa, mam kilka lat i chowam się przed koleżanką. Robię wszystko żeby tylko mnie nie zaklepała. Jednak ten makabryczny scenarzysta w mojej głowie stale projektował własne kataklizmy, które zamazywały te pozytywne obrazy. Co i rusz wydawało mi się, że ktoś krzyczy wzywając pomocy, że słyszę świst krwi, zapach śmierci.

Ten piękny dom stał się teraz klatką, więzieniem. Czułam się tu obco i nieswojo. Jak mogłam się w ogóle zgodzić na tę przeprowadzkę. Dlaczego nie uparłam się, że chciałabym dojść do formy w moim małym, ciasnym mieszkaniu. Tam nie było tylu zakamarków. Nie było tylu okien, drzwi tarasowych i piwnicy. Nie było tez strychu, ciemnego i przerażającego ogrodu najeżonego drzewami zza których zdawało się wyglądać licho. Tam było mniej miejsca żeby to zło się ukryło. A tu? Nawet nie wiedziałam od kogo Arnold kupił to cacko i za ile. Jaka była jego historia. Dlaczego ktoś go sprzedał. Kto tu żył i jak. Tak, to nie było jeszcze moje miejsce. A może kupił ten dom nieświadomie od człowieka, który go śledził. Skąd mógł przecież wiedzieć. Może ten ktoś cały czas ich obserwował, śledził, nagrywał i słyszał rozmowy. Zadrżałam.

Zaczęłam cicho płakać. Przez chwilę poczułam się bezradna i zagubiona. Rozkleiłam się gubiąc zdrowy rozsądek i wolę walki. Chęć przetrwania. Jak mała dziewczynka, która utknęła w kominie. Żeby dodać sobie animuszu uszczypnęłam się boleśnie w policzek. Zabolało. To mnie otrzeźwiło, pomogło wziąć się w garść. Z całych sił ścisnęłam czarna buteleczkę z gazem pieprzowym. Nie, nie byłam ofiarą. Nie poddam się. Nie dam mu wygrać. To ja jestem siłą. Ja mam moc. Potrafię o siebie walczyć. I to jak! Tyle przeszłam, tak zabiegałam o tę miłość, tak chciałam żeby moje życie wreszcie było jakieś, a teraz miałam to wszystko sobie odpuścić? Przez jednego psychola, któremu wydawało się, że może zrobić mi krzywdę i ma władze nad życiem i śmiercią? Poczułam wzbierającą we mnie wściekłość. I wtedy nagle zza mgły moich uczuć wydobyły się realne dźwięki. Ktoś po cichutku wchodził po schodach. Podłoga cichuteńko uginała się pod jego butami lekko wibrując i dźwięcząc. Kiedy skrzypnęły drzwi poczułam, że teraz albo nigdy. To miała być walka na śmierć i życie. O mnie, Arnolda, może nasze przyszłe dziecko. O spokój. Szum fal. Beztroskę i wolność.

Zastygłam oczekując, że za chwilę ten ktoś podejdzie do łóżka sprawdzić czy nikogo pod nim nie ma, bo kryjówka była fatalna. Szykowałam się, że wtedy właśnie psiknę mu gazem w twarz i znokautuję. Jakoś. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Bieg zdarzeń zastopowało na chwilę przeraźliwe dźwięczenie. Jakaś syrena. Alarm? Słyszałam jego przyśpieszony oddech. Nie uciekał jednak. Został. Był na wyciągnięcie mojej ręki…

Arnold i Spółka (cz. 56)

 

Photo by Melanie Wasser on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 9
  •  
  •  
  •  
  •  
    9
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.