W poprzedniej części Anna walczyła ze sobą i poznawała różne odcienie lęku. Nawet nie przypuszczała, że kiedykolwiek stanie twarzą w twarz z sytuacją bezpośrednio zagrażającej jej życiu. Była przerażona i roztrzęsiona, ale zdecydowała się walczyć. Nie znosiła przegrywać.  Tym razem też miała wygrać. Tak postanowiła.

Mówią, że w sytuacjach ostatecznych, krytycznych i zerojedynkowych czasem człowiekowi przelatuje przed oczami film prezentujący najważniejsze momenty życia. Bez dwóch zdań to była ta chwila, ale filmu nie uświadczyłam. Byłam na jakiejś cholernej granicy życia i śmierci z paszportem do innego świata. Granicy nadziei i lęku. Granicy wytrzymałości, przerażania i woli pozostania tam, gdzie byłam. Alarm, oddech zbira szukającego mnie, brak Arnolda, i kogokolwiek innego w najbliższej okolicy. I ja kurczowo zaciskająca w dłoni butelczynę z gazem pieprzowym w żelu. Gdybym jeszcze miała jakiś pistolet, to sprawa wyglądałaby bardziej optymistycznie.

Nagle niespodziewanie usłyszałam trzask, ktoś otworzył okno, cos stuknęło o ziemię, a po naszym ogrodzie zaczął ktoś biec. Krzyk, wystrzał i głucha cisza. A potem pisk opon i ryk motoru. Zastygłam na chwile , a potem na nogach z waty wyczołgałam się z mojej kryjówki, wylazłam spod łóżka upewniając się, że w pokoju nikogo nie ma.  Nie wiedziałam co robić, ale byłam pewna, że to jest ten moment kiedy muszę zacząć działać. Kiedy schodziłam po schodach zrozumiałam co się stało. Ktoś najwyraźniej wezwał firmę ochroniarska, która była odpowiedzialna za bezpieczeństwo w naszym domu. Pamiętam jak Arnold mówił mi coś o tym, gdzie mam dzwonić, albo co naciskać -jakby co, ale jakoś umknęło mi to z głowy.

Panowie w czarnych strojach powiedzieli mi, że interweniowali, bo było zgłoszenie. I rzeczywiście jakiś człowiek zeskoczył z balkonu w sypialni, ale udało mu się uciec. Wsiadł na motor i pojechał. Ekipa interwencyjna go ściga, a oni sprawdzają co się dzieje w domu. Zapytali też czy ktoś jeszcze był obecny. Powiedziałam, że tak, że mój przyszły mąż i pies, ale ani nie widziałam, ani Fifi, ani Arnolda. Nie było ich, nigdzie ich nie było!

Właśnie wtedy wpadłam w panikę. Katastrofalnie się rozkleiłam, rozszlochałam. Dotarło do mnie, że być może Arnold został przez tego gościa poszkodowany, pobity, albo i coś gorszego. Być może potrzebuje NATYCHMIASTOWEJ pomocy.- Macie go szukać, szukajcie go czym prędzej, co się z nim stało, krzyczałam biegając jak w amoku po tym obcym mi domu. Panowie ruszyli go szukać a moich uszu doszedł dziwny dźwięk, jakby pukanie dobywający się z piwnicy. Jednak drzwi do niej były zaryglowane. Chwilę szarpałam klamkę, ale na nic się to zdało. Zamknięte na cztery spusty. -Gdzie są klucze, pomyślałam z przerażeniem wywalając wszystko z szafek, w których trzymaliśmy jakieś duperele.

Przeczesując zawartość szuflad myślałam o tym, co bym zrobiła gdyby nagle go zabrakło. Jak bym żyła. Czy w ogóle chciałoby mi się jeszcze żyć. Walczyć. Reanimować moje istnienie. Tyle ostatnio przeszłam, tyle doświadczyłam. Miłość mieszała się z bólem, żalem i lękiem. Namiętność tworzyła gwiezdne konstelacje z tęsknotą, zagubieniem i niepewnością. Słono kosztowało mnie to uczucie. Płaciłam za nie emocjami najcięższego kalibru. A jednak nadal chciałam w to brnąć. Nadal wierzyłam, że jesteśmy sobie pisani i damy radę.

Przypomniałam sobie jak rozstając się z moim ostatnim chłopakiem Witoldem -poprzysięgłam sobie, że już nigdy nie zwiążę się z żadnym mężczyzną. Jak byłam zniechęcona, zmęczona i zmaltretowana. Jak miałam dość jego wrzasków i nie brania pod uwagę moich potrzeb. Tamten związek był kolejnym rozczarowaniem. Kropką nad i. Dowodem na to, że fajnych facetów już nie produkują. I nagle, masz babo placek, zjawił się on. Oni jego portfel. I upadłam na głowę. Zwariowałam do reszty.

Przypomniałam sobie nasze pierwsze zakatarzone spotkanie w aptece, oczekiwanie, że znowu go zobaczę i początek tego płomiennego romansu. Nasz wyjazd nad morze, deklaracje, wspólne marzenie o dziecku. Przypomniałam sobie nasze noce pełne czułości, jego zapach, troskę i próbę przemeblowania mojego nudnego życia. Nadania mu barw i kolorów. Przekonania mnie, że warto.

I kiedy tak marzyłam, w ręce wpadł mi ten piekielny klucz do piwnicy, w której zresztą nigdy wcześniej nie byłam. Nie wiedzieć czemu skradałam się do tych ciężkich drzwi na paluszkach. Pełna obaw, delikatnie wsunęłam klucz w zamek. Grube, zbrojone drzwi skrzypnęły, drgnęły i otworzyły się z głuchym jękiem. Niczym wrota piekieł. Zapaliłam światło i zamarłam…

Arnold i Spółka (cz. 57)

Photo by Ryan Searle on Unsplash

 

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.