Nie znoszę innych kobiet. Drażnią mnie, działają na nerwy. Napuszone, pretensjonalne i stale niezadowolone bezustannie tylko kłapią dziobem i chwalą się tym, co mają ubarwiając rzeczywistość. I jeszcze te romantyczne zdjęcia na facebooku, zachody słońca, kolacyjki z mężem i dzieci, które są mistrzami świata we wszystkim.

KIEDYŚ BYŁO TROCHĘ INACZEJ

Nie od zawsze tak było choć przyznam szczerze, że od dziecka wolałam zabawy z chłopakami – łobuzowanie, łażenie po drzewach i nocne podchody. Nigdy nie zaczytywałam się w „Ani z Zielonego Wzgórza”, nie bawiłam w dom i chyba nie miałam prawdziwej przyjaciółki. No może z wyjątkiem Kryśki, która po latach burzliwej znajomości zabrała mi nie tylko męża, ale również złudzenia, nadzieje i wiarę w kobiety. Od tamtej pory kobiet nie znoszę, nie trawię, nie toleruję. Wszystkie są takie same – nieszczere, obłudne i fałszywe. Prowadze z nimi swoja własną wojnę. Zwalczam je manifestując pozorną sympatię i odbierając im to, na czym najbardziej im zależy – mężczyzn życia.

JEDNA KOBIETA SPRAWIŁA, ŻE ZNIENAWIDZIŁAM WSZYSTKIE

Kiedy Kryśka podstępem ukradła mi męża myślałam, że to koniec. Cały mój świat runął. Przez ponad rok mozolnie podnosiłam się z depresji, a potem kolejny usiłowałam wszystko jakoś sobie poukładać w głowie, uwierzyć, że coś jestem warta. Czułam wściekłość i potworny smutek, który jednak minął. Została piekielna złość. I chęć zemsty. Chęć powetowania sobie wszystkich strat. Kryśka działała bezwzględnie. Dostrzegłam to dopiero po fakcie. Zabierała mi go po kawałeczku. Słóweczko, zachwycik, pełna akceptacja, litr miodu, pełne wiadro zrozumienia i całe morze uwagi. Tyle o nim wiedziała. Znała jego miękkie podbrzusze, wszystkie mocne i słabe strony. Przecież tyle razy zwierzałam jej się opowiadając o nim szczerze, bez filtra. Tym łatwiej go zdobyła. Zastawiała na niego sidła bez pośpiechu delektując się każdym drobnym zwycięstewkiem, każdym drobnym gestem świadczącym o rosnącym zainteresowaniu jej osobą. Jak mogłam tego nie zauważyć? Mogłam.

WIERZYŁAM MU

Byłam przekonana, że gramy z mężem w otwarte karty, że rozmawiamy i przegadujemy kwestie podnoszące ciśnienie. Przecież nadal było nam fajnie w łóżku, nadal smakowała mu moja grochówka i kupował kwiaty. Co się zmieniło? Najpierw stopniał odrobine zachwyt mną, ale przypisałam to upływającym latom. Potem częściej był zmęczony, więcej pracował, stale znikał. Zamyślał się, był nieobecny, a na pytania o powód tej sytuacji zawsze odpowiadał, że jest zwyczajnie zmęczony. Tym zmęczeniem zasłaniał się długo. Trochę mnie ono dziwiło, bo mimo deklarowanego wycieńczenia wyglądał coraz lepiej. Nawet kiedyś powiedziałam mu, że mogłabym się zakochać w nim od nowa. Pamiętam, że spojrzał nawet na mnie jakoś tak dziwnie, ale uznałam, że dorabiam ideologie i zapomniałam. Nowa fryzura, kolejny zegarek, młodzieżowe dżinsy i markowe majtki. No i sport. Znowu ruszył na bieżnię, zrobił muskulaturę na siłowni. Wyglądał jak milion dolarów. Naprawdę.

SZOK I NIEDOWIERZANIE

Kiedy zobaczyłam ich razem spacerujących po Moście Poniatowskiego pomyślałam, że śnię, że mi się tylko przywidziało. W końcu jechałam samochodem, mogłam się pomylić. Tamci, których minęłam szli pod rękę i wyglądali na zakochanych po uszy. Kiedy przyszedł do domu zapytałam go wprost, trochę niedowierzając, czy to był on. A on? Nie zaprzeczył. Nie zaprzeczył! Głupia, ułatwiłam mu. Ułatwiłam mu odejście, bo zaraz po tym wyznaniu powiedział, że tamta to jego miłość życia, druga połówka, że rozumieją się bez słów i nie wyobraża sobie bez niej życia. A ja? CO ja? Jestem piękna, mądra, mam dobrą pracę i sporo znajomych. Poradzę sobie bez niego… Spakował się zostawiając mnie w oparach absurdu. Zostawił mnie – taką podobno piękną, mądrą, towarzyską i dobrze ustawioną. Ot, tak porzucił i już. Przestałam mu odpowiadać. Przeterminowałam się. Zużyłam. Znudziłam. Popsułam? Zostawił, zasklepioną w przygnębieniu, przerażeniu i przekonaniu, że to tylko jakieś omamy. To jednak niestety nie były zwidy.

TO BYŁ KONIEC… DEFINITYWNY

Kiedy zamknęły się za nim drzwi- resztką sił zadzwoniłam do niej. Numer był zajęty. Widocznie fetowali już zwycięstwo tej ich cholernej miłości zbudowanej na mojej krzywdzie. Jak ja ich wtedy nienawidziłam. Jak nienawidziłam siebie. Czułam się nic niewarta, mało kobieca, głupia jak but z lewej nogi i tak potwornie skrzywdzona. Wiedziałabyś o czym mówię, gdybyś przeżyła to, co ja. Zapewniam cię. Wtedy czułam się jak przydatny jeszcze całkiem śmieć wywalony do kosza. Jak mało noszona kiecka wywalona nagle do kontenera z rzeczami używanymi. Tyle, że kiecka miała większa szansę trafić na kogoś, kto chciałby ją jeszcze mieć…Tak się czułam.

BYŁAM CAŁKOWICIE ZDRUZGOTANA- DO CZASU

Wiele miesięcy minęło nim się podniosłam. Nim znowu mogłam spojrzeć na siebie i nie czuć wstrętu, obrzydzenia. Pracowałam nad sobą z psychologiem, łykałam jakieś leki, a w głębi duszy pielęgnowałam uczucie gorącej nienawiści i odrazy. W międzyczasie tamci wzięli ślub i zostali rodzicami. Szlag mnie trafiał. Zazdrość paliła od środka. Zniewaga bolała. Podniosłam się także dzięki temu, że poprzysięgłam zemstę. I to właśnie chęć zrealizowania tego planu dodawała mi siły do walki o każdy dzień. Pierwsze zwycięstwo smakowało odurzająco.

ZNALAZŁAM KLUCZ DO MĘŻCZYZNY

Wszystko zaplanowałam w drobnych szczegółach. Poszłam tam, gdzie wiedziałam, że go spotkam. Ubrałam się tak, by z miejsca podnieść mu ciśnienie. I nie przyszłam sama, a z młodszym kolegą z pracy, z którym romansowałam od kilku tygodni. Zagrałam mu na nosie. Widziałam jak na mnie patrzył i jak wodził tęsknie wzrokiem. Wszyscy są tacy sami – uwierz mi. Rutyna ich mierzi i choć nie chcą się do tego przyznać, rządzi nimi seks. Mają jeden drążek, który steruje całością i tylko kwestia w tym, kiedy wrzucić pierwszy bieg i jak mocno dociskać pedał gazu. Znałam go. Dobrze wiedziałam co na niego działa i jak podgrzać atmosferę do czerwoności. Następnego dnia zadzwonił, a tydzień później wpadł pod jakimś błahym pretekstem i kochaliśmy się jak szaleni. Triumfowałam. Realizowałam swój misterny plan myśląc, że kiedy to zrobię wreszcie zacznę żyć normalnie, poczuję spokój i satysfakcję, ale tak się nie stało. Kiedy wyszedł do toalety ubrudziłam mu kołnierzyk koszuli karminową szminką -tak, żeby ona wiedziała, a kiedy zamknęły się za nim drzwi – zadzwoniłam do niej mówiąc jej, że jesteśmy kwita. Popłakała się. Uwierzysz?!

ZEMSTA MA SŁODKI SMAK

Niestety, to słodkie zwycięstwo zamiast mnie uleczyć tylko zaostrzyło apetyt. Zaczęłam nałogowo kraść żonatych facetów napawając się tymi zwycięstwami. Byli jak moje trofea. Uzależniłam się od tej zabawy. Właściwie tylko jeden nie uległ. Reszta szła na ścięcie jak to stado baranów – zapominając o odpowiedzialności, zobowiązaniach, przysiędze i całej reszcie. I zwykle było im mało. I chcieli kontynuować. I walczyli, żeby mnie nie stracić. Za każdym z nich stałą żona, partnerka -kobieta. Pani, przekonana o swojej niezachwianej pozycji, o miłości jaką darzy ją jej ktoś, spokojna, rozleniwiona, w kapciach i skarpetach, lokówkach, bez grama makijażu, z kilometrowymi odrostami. Bezwzględnie mściłam się na nich wszystkich bawiąc się dobrze uczuciami ich ukochanych. Brudząc im nie tylko kołnierzyki, ale także myśli. Podkręcając apetyt, sprowadzając na złą drogę i… z rozkoszą porzucając.

JESTEM MODLISZKĄ

Wiem co o mnie sądzisz, że jestem bezwzględna, wredna i ostatnia z ostatnich, ale odpowiedz mi proszę szczerze -czy mogłaby ich wodzić za nos, gdyby mi na to nie pozwalali, gdyby mówili nie? Bądźmy szczere nie, nie mogłabym! Przecież nie są bezwolni. Ja tylko naciskam na guzik, ale to oni podejmują decyzję. Nie zmuszam ich do niczego. Mało tego, często się od nich opędzam, gram niedostępna, niechętną… Muszą się nachodzić… Ja tylko wiem kiedy nacisnąć i jak. To w gruncie rzeczy bardzo nieskomplikowane. Uważasz, że bawią się mną? Wykorzystują? No proszę cię, nie pocieszaj się moim kosztem! To ja ustalam reguły i kończę zabawę, kiedy uznam, że zaczyna mnie ona nudzić. To ja wyrównuje rachunki. Z innymi kobietami.

SZCZĘŚCIE, A CO TO JEST?

Czy jestem szczęśliwa? A Ty, jesteś? Bywam zadowolona. Miewam lepsze i gorsze dni. Czasami, któryś z nich naprawdę mnie zauroczy. Czasami aż żal, że są tylko na chwilę, że nie umiem zbudować niczego trwałego. Żal, ale przecież nie mogłabym stworzyć związku z kimś, komu wystarczy jedna chwila by zdradzić swoją partnerkę, a innych nie spotykam. Wydaje mi się, że wszyscy cierpią na ten sam problem. Na brak zasad… I wiesz co? Za ten ich brak zasad płacisz TY. Bo to, co boli Ciebie dla nich nic nie znaczy. Jest tylko urozmaiceniem życia. Kwiatkiem u kożucha!

ETATOWA TESTERKA PRZYZWOITOŚCI

Mam dwa etaty. Na pierwszym jestem szanowaną menadżerką w dużej korporacji, a na drugim… modliszką. Nałogowo zajmuje się rujnowaniem życia innych kobiet i wiesz co? Bardzo to przyjemne. I wiesz co? Nie udawałoby mi się to z całą pewnością, gdybyście nie popadały w marazm. Gdybyście nie były tak odrętwiałe, leniwe i skupione wyłącznie na dzieciach, pracy, obiadku, zakupach. Gdybyście słuchały, co maja wam do powiedzenia, trochę ich podkręcały, uwodziły i wodziły za nos…. Myślę, że wystarczyłoby żebyście choć odrobinę zadbały też o siebie. Nie tylko o wygląd, zapach, bieliznę, ale również zadbały o siebie intelektualnie. Były dla swoich mężczyzn wyzwaniem, a nie tylko bratem- łatą, kucharką, współwięźniem. Uśpiona czujność, przydeptane kapcie i włosy pachnące schabowym to świetna recepta żeby wpędzić go w ramiona takiej jak ja. Kobiety, która czerpie radość z psucia, tego co lekko przejrzałe zatęchłe i nadgniłe. Bo przecież zdrowej, gorącej, pulsującej miłością reakcji zepsuć się nie da, nieprawdaż?!

Idźcie sobie precz moje MARZENIA! Idźcie precz…

Photo by Ferdinand studio on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 33
  •  
  •  
  •  
  •  
    33
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.