Oczami wyobraźni ZAWSZE widziałam to tak- ja, mąż i dziecko. Jedno. Może dwoje w porywach. Chłopiec i dziewczynka. Ewentualnie jakiś pies czy kot żeby dziecko (opcjonalnie dzieci) uczyło się odpowiedzialności za istotę żywą. Miał być Maciuś. I być może Halinka.

Pierwsza część planu zrealizowała się bez problemu. Męża poznałam na studiach. Spotykaliśmy się od pierwszego roku. Mieszkaliśmy w sąsiadujących ze sobą akademikach. Po skończeniu nauki każde z nas znalazło pracę więc wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie na Grochowie. Były tramwaje, był autobus -nie musieliśmy się zapożyczać na samochód. Fajnie było.

Najpierw chcieliśmy się trochę dorobić żeby przed pojawieniem się dziecka kupić mieszkanie na kredyt. Trzypokojowe. Może też na Grochowie. Koniecznie z placem zabaw. Ponieważ oboje pochodziliśmy z dość ubogich rodzin na pomoc rodziców nie było co liczyć.

Pięć lat ściboliliśmy odkładając KAŻDY grosz. W pracy jedliśmy drugie śniadania przygotowywane w domu, a po powrocie ciepłe kolacje własnej produkcji. Kawa na mieście, obiad w knajpie, luksusowe wyjazdy – świadomie wybraliśmy inną opcje. Wakacje – pod namiotem, ubrania kupowane na wyprzedaży, ściśle określony budżet z opcją „może uda się wydać mniej”.

Sukcesem był przyrost gotówki. Regularny. Uzbieraliśmy na wkład własny i trochę na czarną godzinę. Byliśmy z siebie zadowoleni. Wszystko, jak do tej pory, szło zgodnie z planem. Mieliśmy takie same priorytety, więc przychodziło nam to bez trudu. Nawet kiedy znajomi kiwali z dezaprobatą głowami. Nie rozumieli po co tak oszczędzać. Dlaczego pozbawiać się radości z każdego dnia. Nie umieli zrozumieć, że dla nas radością było napełniające się konto bankowe. Nie rozumieli, ale my nie mieliśmy zamiaru im tego tłumaczyć. Żyliśmy po swojemu. Ja nie musiałam pachnieć drogimi perfumami, ani mieć dziesięciu par butów. Remigiusz nie potrzebował gadżetów żeby czuć się męsko. Nie musiał być elegantem. Zamiast grać w squasha jak jego koledzy z pracy – biegał i jeździł na rowerze. Ruszał się bezkosztowo.

W końcu kupiliśmy mieszkanie. Trzypokojowe z osobną kuchnią. Na pierwszym piętrze na nowo wybudowanym, ogrodzonym osiedlu. Byliśmy szczęśliwi jak nigdy. Urządzaliśmy je sobie po swojemu. Miało być jasno i słonecznie. Bez zbędnych bibelotów i ozdóbek. Jeden pokój stał się nasza sypialnią, drugi, większy czekał na Maciusia lub Halinkę. Był jeszcze salon i malutka kuchnia.

Kiedy przeprowadziliśmy się do nowego lokum postanowiliśmy zacząć starać się o potomstwo. Staraliśmy się rok, drugi, aż wreszcie trafiliśmy na badania żeby sprawdzić dlaczego nasze starania nie przynoszą spodziewanych efektów. Przecież robiliśmy wszystko jak trzeba. Ja byłam jeszcze młoda, zdrowa. Tak samo Remik. Co do cholery?

Rodziny naciskały. Moi rodzice wychodzili z siebie tak bardzo chcieli mieć wnuki. Oboje byliśmy jedynakami więc czuliśmy straszną presję. Rodzice męża także stale się dopytywali. Trochę nas to męczyło. Wymyślanie nowych wykrętów przychodziło z trudem. Nie chcieliśmy im mówić, że coś nie wychodzi, bo to przecież była tylko nasza sprawa. Całkiem intymna na dodatek.

Koleżanki miały już dziecko, niektóre nawet dwoje. Także drążyły temat. Pytały na co czekamy, dlaczego jeszcze nie? A może nie kocham Remigiusza i stąd ten brak pośpiechu. No ale przecież latka lecą… To był koszmar.

Badania wykazały, że mój mąż jest bezpłodny. W wyniku jakiejś choroby, którą przeszedł w dzieciństwie nie mógł mieć dzieci. Nie było ratunku. Diagnoza zwaliła nas z nóg. Cały misterny plan runął w gruzach.

Remik czuł się winny. Zapytał nawet czy w tej sytuacji nie rozważam rozwodu. Byłam zdołowana, ale nie przyszło mi nawet do głowy żeby z tego powodu szukać innego partnera. Remigiusz wpadł na pewien pomysł. To było szalone. Ponieważ seks nigdy nie był dla nas najważniejszym elementem życia wymyślił żebym poszła do łóżka z jakimś fajnym facetem, a potem on wychowa to dziecko. Tak po prostu. Bez zaangażowania. Bez miłości. W imię wyższych celów. Naszych celów! Nic się między nami nie zmieni, nikt się nie dowie, ja porzucę tego gościa kiedy zajdę w ciążę i wszystko będzie tak, jak planowaliśmy. Zostaniemy rodzicami!

Nigdy nie byłam kochliwa ani nadmiernie wyzwolona. Poderwanie innego mężczyzny jawiło mi się jako upiorna sprawa, ale powiedziałam, że wchodzę w to. W końcu chcieliśmy mieć potomstwo, a bez takiego zagrania miało się nam to nigdy nie udać. Nie szukałam długo. Jeden z moich kolegów w pracy był mną wyraźnie zainteresowany. Wykorzystałam to bez zbędnych skrupułów. Po imprezie firmowej pojechaliśmy do niego. Potem widywaliśmy się jeszcze wielokrotnie. Było wspaniale. Okazało się, że seks może być świetną zabawą! Że nie musi być tylko nużącym obowiązkiem, albo sposobem na spłodzenie potomka… Mój kochanek mówił, że kocha, przytulał, szykował kolacje przy świecach i kupował kwiaty. Dawał mi rozkosz i poczucie szczęścia kompletnego. Czułam się jak nigdy…

Przed Remikiem udawałam, że jest ciężko. Że ten gość mnie obrzydza i robię wszystko z przymusu. Nie chciałam dodatkowo komplikować, i tak skomplikowanej, sytuacji. W końcu test ciążowy wskazał dwie kreseczki. Szalałam ze szczęścia i niepokoju. W międzyczasie zdołałam się bowiem zakochać w biologicznym ojcu mojego dziecka i całkowicie odkochać w mężu. Okazało się, że bliskość, czułość i namiętność mogą mnie, zatwardziałą racjonalistkę, zniewolić i spętać bez reszty.

Poza tym całym seksem Maks był taki inny. Nieprzewidywalny, ekscentryczny, szalony. Uwielbiał robić mi niespodzianki i rozpieszczać nie patrząc na koszta. Odkryłam także i to, że pieniądze potrafią dawać przyjemność, że ciągłe ścibolenie jest zabieraniem sobie radości z życia. Wreszcie miałam dobre perfumy i seksowną bieliznę. Wreszcie czułam się jak prawdziwa kobieta.

Plan jednak mieliśmy z Remikiem taki, a nie inny. Postanowiłam schować do kieszeni swoje uczucia i zachować się tak, jak należy. Tak, jak powinnam. Miałam w końcu męża. Ślubowałam, obiecywałam, a to w końcu coś znaczy. Zerwałam z Maksem, z dnia na dzień i wzięłam kilka tygodni wolnego. Potem planowałam przejść na zwolnienie i nigdy już nie pojawiać się w pracy. Remik szalał ze szczęścia. Dbał o mnie i troszczył się bardzo. Rozpieszczał.

Informacja o mojej ciąży, jakimś sposobem, przedostała się do ludzi z pracy. Dowiedział się o niej także Maks…

Zadzwonił i zapytał czy mam pewność, że to nie jego dziecko, bo jeśli tak to on chce je wychowywać, chce ze mną stworzyć rodzinę. Kocha i tęskni. I nie wybaczałby sobie gdyby nas stracił. Wyznał, że nigdy nikogo taknie uwielbiał, że stałam się całym jego światem i że nie radzi sobie z naszym rozstaniem. Powiedziałam, że mam pewność, że dziecko jest moje i męża. I że kończę to na zawsze, że to była pomyłka, chwilowy kaprys, nic nieznacząca przygoda. Poprosiłam żeby więcej nie dzwonił. Dużo mnie to kosztowało.

Halinka pojawił się na świeci pierwszego dnia lata. To było fantastyczne dziecko. Spokojne, pogodne, śliczne. Zakochaliśmy się w niej z Remikiem od pierwszego wejrzenia. Wypełniała cały nasz świat. Wyglądała jak skóra zdjęta z Maksa. Śliczna, śniada, z wielkimi jak talerze oczami. Zawsze kiedy na nią patrzyłam widziałam JEGO i moje serce krwawiło. Robiłam wszystko żeby zapomnieć, to uczucie jednak siedziało we mnie głęboko. Udawałam przed Remikiem, że nadal jest dobrze, uśmiechałam się, ale byłam głęboko nieszczęśliwa.

Nasze małżeństwo było właściwie platoniczne. Białe małżeństwo. Bez ekscytacji, bez fantazji, bez rozkoszy. Firma zwana związkiem. Zarabialiśmy, oszczędzaliśmy i wychowywaliśmy córeczkę, która była coraz bardziej podobna do swojego szalonego ojca. Klasyka gatunku. W głębi duszy marzyłam, że może kiedyś jeszcze z nim będę. Wracałam wspomnieniami do pięknych, ulotnych chwil z Maksem.

Pewnego dnia na ulicy spotkałam Irminę. Koleżankę z dawnej pracy. Gadałyśmy o wszystkim i o niczym. I kiedy właśnie miałyśmy się żegnać coś jej się przypomniało. Zapytała czy pamiętam jeszcze tego przystojniaka z działu IT -Maksa? Struchlałam. Co z nim? Irmina powiedziała, że w zeszłym tygodniu był jego pogrzeb. Zmarł w jakiś niewyjaśnionych okolicznościach. Nikt właściwie nic nie wie. Tajemnicza sprawa. No i, że choć to dziwne ponoć był sam. Podobno jakaś kobieta tak dała mu popalić, że już nie chciał się z nikim wiązać.

Wróciłam do domu jak rażona prądem. Pół nocy płakałam w poduszkę. Czyli moja córka nigdy nie będzie miała szansy poznać swojego prawdziwego ojca, a ja nigdy nie zaznam już takiego szczęścia jak z nim. Zastanawiałam się czy dobrze zrobiłam rezygnując z tego uczucia. Czy to nie był błąd. Zapłaciłam za to ogromna cenę. Wyrzekłam się miłości z poczucia obowiązku. Czy za karę będę do końca życia trwała w rzeczywistości utkanej ze zwiewnych marzeń?!

Przyjaciółka prosto od serca!

Photo by Everton Vila on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.