Dla naszej Anny farmaceutki w poprzedniej części -znowu zaświeciło słońce. Odetchnęła, zaczęła od nowa czuć, że żyje. Było to wprawdzie życie w cieniu tragedii i mrocznej tajemnicy, ale do jej rozwiązania było, zdaje się, coraz bliżej!

Najpierw opowiem Ci o żonie Arnolda, a potem o tym nieszczęsnym portfelu. Ale to już może w następnej części. Nie wiem czy masz dość czasu, żeby o tym wszystkim słuchać na raz?! Odkąd zabrakło Ewy jesteś jedyna osobą, z którą mogę podzielić się wszystkimi lękami, spostrzeżeniami i wrażeniami. Dziękuję.

To nie było wcale takie łatwe – skłonić Arnolda do opowieści o Ingrid. Bronił się rękoma i nogami. Jednak to lustro i ta suknia spowodowały, że chyba w obawie o moje nagłe ataki nieposkromionej zazdrości -postanowił puścić parę z ust. Powiedział mi o ich romantycznych początkach miłości, o jej trudnej przeszłości i tajemniczym zaginięciu.

Otóż to Ingrid uczyła go szwedzkiego. I tak się właśnie poznali. I od tego wszystko się zaczęło. Była świetną, cierpliwą nauczycielką. I frapującą kobietą (bo on, Arnold -tylko w takich paniach typuje -chyba chciał mi zrobić przyjemność!) Ale od początku. Skąd ta Szwecja? Postanowił się tam przeprowadzić za namową ciotki, która wyemigrowała do Sztokholmu jeszcze w latach osiemdziesiątych. Mówiła mu, że to kraj mlekiem i miodem płynącym, że ma świetny socjal i daje szansę rozwoju -zwłaszcza młodym i ambitnym. Skorzystał. Początkowo mieszkał u ciotki i pracował fizycznie by zarobić na własne utrzymanie. Potem kiedy nauczył się języka, zdał jakiś tam egzamin państwowy i zrobił jeszcze jakieś papierki -mógł zacząć pracować jak chciał.

Szwecję od podszewki poznał właśnie dzięki niej. Dzięki Ingrid. Była nie tylko nauczycielką szwedzkiego, ale też przewodnikiem po kulturze, współwędrownikiem i przyjaciółką. Długo nie chciała się z nim związać, bo miała swoją mroczną przeszłość, która w jej odczuciu przekreślała możliwość normalnego funkcjonowania w związku z  facetem. Bardzo długo nie chciała wyjawić mu swojego sekretu, aż kiedyś w końcu, gdy uczucia między nimi nabrzmiały jak czereśnia na gałązce tuż przed zerwaniem -wyznała, że przez kilka lat żyła z uprawiania prostytucji. Była luksusową call girl. Miała kilku stałych, zamożnych klientów, a w miasteczku z którego pochodziła cieszyła się bardzo złą reputacja, bo ktoś ją kiedyś widział w jakiejś niedwuznacznej sytuacji.

Dzikim fartem udało jej się uciec sutenerowi i zacząć żyć pełną piersią w Sztokholmie. Żyć z uczciwej pracy. I wtedy poznała przystojnego, męskiego Polaka czyli mojego Arnolda.

To wyznanie sprawiło, że ów dzielny Polak na miesiąc wycofał się z tej relacji. Musiał ochłonąć. To był cios w serce. Trudno zaakceptować tak bogatą przeszłość kobiety, która w jego głowie niemal była już żoną. Jego żoną. Po miesiącu wrócił do niej wraz z pierścionkiem zaręczynowym. Po kilku tygodniach był ślub jak z bajki. Firma się kręciła, miłość kwitła i nic nie zapowiadało kataklizmu. Były wspólne wakacje w dzikich zakątkach świata -bo oboje uwielbiali się szwendać po świecie, były dalekosiężne plany wybudowania pensjonatu. No i była miłość. Prawdziwa. Gorąca. Pełna ciepła, szacunku i zrozumienia. On nigdy nie wspominał o jej przeszłości, ona też nie wracała do tematu. Czasem miał wrażenie, że czegoś się bała, przed czymś uciekała, ale zawsze bagatelizowała te sprawy przekonując go, że tylko mu się tak wydaje.

Kiedy okazało się, że jest w ciąży – skakali do góry. Szybko urządzili pokój dla dziecka, kupili wózek i rozgłaszali światu radosną nowinę. I kiedy byli w tym najszczęśliwszym momencie życia ONA nagle, z dnia na dzień przepadła bez wieści. Zapadła się pod ziemię. On wychodził z siebie. Próbował wszystkiego. Zgłosił sprawę na policję, rozwiesił ogłoszenia, prowadził swoje prywatne dochodzenie. Zatrudnił nawet jakiegoś pseudo detektywa. Konsultował sprawę ze znanym jasnowidzem, pomagała mu miejscowa tarocistka. I nic. Wszyscy przekonywali, że Ingrid już nie żyje. Długo nie chciał uwierzyć. Nie mógł. To  był potworny cios. Przecież miał lada chwila zostać ojcem. Może gdyby znaleźli ciało, gdyby sprawa została rozwiązana? Tymczasem nic z tego. Wszystko utknęło. Policja nie wiązała sprawy jego wypadku z kwestią zaginięcia Ingrid. Wydawało się, że ukochana zapadła się pod ziemię…

Kiedy skończył opowieść był roztrzęsiony. Miał łzy w oczach. Widać było, że ta przeszłość nadal w nim pulsuje, była niczym rozszarpana, niegojąca się wcale rana. Czułam się nie w porządku. Było mi przykro. Trochę nawet żałowałam, że nakłoniłam go do tych zwierzeń, bo widziałam ile go one kosztowały. A co dały mnie prócz kolejnej porcji lęku dotyczącego intensywności, skali uczuć, które Arnold żywił do mnie. No bo nie wiedziałam ile dla niego znaczę. Czy byłam tylko jakimś zamiennikiem? Osobą, która tamowała krwawienie?  A może jednak stanowiłam esencję. Miałam dużą wartość? Może pomagałam mu być, śmiać się, czuć szczęście, odnajdować drogę? Może to dzięki mnie oddychał, znajdował chęć by nadal być…?

Zamiast pleść domysły wzięłam go za rękę, okutaliśmy się szalikami i poszliśmy na długi spacer do pobliskiego parku. Szliśmy obok siebie mocno ściskając swoje dłonie. Milczeliśmy. Mówiły tylko nasze oczy. Patrzyliśmy na siebie. Z miłością. Oboje uwielbialiśmy jesień. Cos się kończyło, coś się zaczynało…

Arnold i Spółka (cz. 63)

 

Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 15
  •  
  •  
  •  
  •  
    15
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.