W poprzedniej części rozsądna zazwyczaj farmaceutka oszalała na punkcie zakatarzonego nieznajomego, któremu sprzedawała leki. Znalazłszy jego portfel postanowiła, niczym Ariadna-od nitki do kłębka- trafić na tajemniczego Arnolda. Kiedy przemyciła portfel do domu i już, już miała go przejrzeć nagle zrozumiała, że robi źle i natychmiast postanowiła naprawić błąd.

Wieczór był typowo jesienny. Padał deszcz, wiał porywisty wiatr. Było strasznie ponuro. Założyłam puchate skarpety z ABSami, zrobiłam sobie gorącą herbatę z cytryną i miodem, włączyłam płytę Ani Dąbrowskiej i przy wyciszających dźwiękach postanowiłam napisać zgrabne ogłoszenie dotyczące tego nieszczęśliwego portfela przez który niemal zeszłam na złą drogę.

Przygotowałam sobie duża kartkę, czarny flamaster i zaczęłam pisać. – Znaleziono portfel. Osobę, która go zgubiła zapraszam po odbiór przy kasie apteki. Postawiłam kropkę, jeszcze raz spojrzałam na kartkę i schowałam ją do teczki żeby się nie pogięła. Po chwili namysłu rozsunęłam zamek w mojej pękatej torbie i wyjęłam z niej ten nieszczęsny, czarny portfel. Delikatnie przejechałam dłonią po jego wierzchu symbolicznie żegnając się z nim. Żegnając się też z moimi marzeniami o wielkiej miłości. Włożyłam go do teczki, tej w której było ogłoszenie i schowałam w torbie. -Charlie, Charlie, był mą podróżą dziką uwolnił mnie. Rockendrolowym snem i rozkoszą był… z głośników cicho dobiegała muzyka. Czy było mi smutno? Bardzo!

Tego wieczoru podjęłam jeszcze jedną decyzję. Nie dość, że nie przyjmę żadnego znaleźnego to na ewentualną kolację również nie pójdę z Arnoldem (nawet jeśli już wyzdrowiał i nie zaraża!). Arnold to zamknięty etap, który na dobre nawet się nie zaczął. Wszystko sobie przecież tylko wymyśliłam, ubzdurałam. Niedorzeczne. Głupie. Infantylne.

Arnold ma syna, ma pewnie żonę i poukładane życie. Kim musiałbym być żeby wodzić go na pokuszenie i narażać jego bliskich na cierpienie. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam nieciekawie. Wąskie zaciśnięte w dziwnym grymasie usteczka z resztkami zjedzonej szminki, rozognione poliki, błyszczące oczy pełne rozczarowania. Włosy w nieładzie, dusza w rozsypce. Czy ja naprawdę oszalałam? Kto to pomyślał, żeby chwilę przed czterdziestymi urodzinami zakochiwać się w wyobrażeniu o kimś?!

Tej nocy niemal nie zmrużyłam oka. Fifi łypała na mnie zniecierpliwiona, oczekując, że wreszcie zgaszę światło i będzie mogła zasnąć. A ja? Czytałam książkę nie rozumiejąc o czym czytam. Czułam gulę w gardle. Coś się skończyło, zanim w ogóle zaczęło. Umarła moja nadzieja!

Arnold i Spółka (część 6)

Photo by Behzad Ghaffarian on Unsplash

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.