Jesienne słońce wkradło się do życia Anny i Arnolda. Nasza farmaceutka, z całych sił, pragnęła wierzyć, że teraz będzie już tylko dobrze…

Byłam bardziej niż przekonana, że wżyciu nic nie dzieje się przypadkiem. Skoro więc jakaś siła wyższa sprawiła, że spotkałam na swojej drodze Arnolda – los musiał nam kibicować i sprzyjać. No nie miał po prostu wyjścia! I tego postanowiłam się trzymać. Kurczowo. Tym bardziej, kiedy usłyszałam historię portfela, który stał się naszym, bądź co bądź, swatem.

Kilka miesięcy przed całym tym zamieszaniem, jakim było nasze poznanie Arnold pojawił się w Warszawie i wynajął mieszkanie dla siebie i brata. Postanowił tu się zadomowić i zapuścić korzenie. Nie, definitywnie nie myślał o nowym uczuciu, bo echa przerwanej nagle miłości zbyt mocno bolały. Obawiał się nawet czy kiedykolwiek jeszcze będzie umiał kogoś pokochać. Owszem, widział że po planecie Ziemia chodzą różne atrakcyjne i interesujące panie, ale niewiele go to obchodziło. Był uprzejmy, szarmanci i tyle. Za dużo przeżył żeby pakować się w taka kabałę znowu.

Kiedy podupadł na zdrowiu i złapał jakieś paskudne przeziębienie, sąsiad spotkany na klatce schodowej zalecił mu wizytę w pobliskiej aptece. Nakazał stanąć w kolejce do najbardziej zadbanej kobiety z ładnymi włosami i szerokim uśmiechem. Powiedział mu, że to czarodziejka, bo zawsze dobrze doradzi i wybierze leki adekwatne do niedyspozycji. Zdradził również sekret, że zamiast do lekarza -przychodzi właśnie do niej. Czyli do mnie. Niezłe, co?!

To był Pan Paczyński. Emeryt, który zwykł przyłazić do mnie na pogawędki. Zwierzał się ze swoich drobnych dolegliwostek, a ja podpowiadałam mu co może zrobić, czego unikać, jak się żywić, co czasem łyknąć. I tak dalej. Lubiłam kiedy się pojawiał, bo miał świetny sposób bycia i cudny, sarkastyczny dowcip. Czasem potrafił mi poprawić humor na cały dzień!

Po takiej rekomendacji zaflukany Arnold niewiele myśląc dowlókł się do mojej apteki, a że obsługiwałam tylko ja nie miał nawet wyboru. Poznał mnie po włosach, uśmiechu i zadbanych dłoniach. I to właśnie na moje dłonie najpierw zwrócił uwagę. Stwierdził, że pierwszy raz widział tak piękne zadbane ręce, drobne paluszki, migdałowe paznokcie. Potem zauważył moje oczy, które ponoć z miejsca go zahipnotyzowały, a następnie usłyszał głos i… wpadł jak śliwka w przysłowiowy kompot. Stwierdzi, że wtedy właśnie strasznie zakręciło mu się w głowie . I kiedy ja pakowałam te wszystkie aspirynki i inne -on walczył o pozostanie w pionie. Odniósł sukces, a ja nawet nie zauważyłam oznak tej chwilowej lewitacji (gdybym tylko, oj gdybym tylko…).

Mimo potwornego kataru, stanu podgorączkowego i dreszczy postanowił mnie poznać bliżej. Chciał wymyślić jakiś chytry plan. Śmiał się, że poczuł jakby znowu był nastolatkiem. Kiedy wrócił do domu zauważył brak portfela. Uśmiechnął się nawet pod nosem konstatując, że chyba los postanowił zadziałać za niego. Brak portfela nie zrobił na nim szczególnego wrażenia (w tym stanie to nawet nie dziwne!) jednak przywołał pewien pomysł. Arnold postanowił poddać mnie testowi. Sprawdzić moją uczciwość i bezinteresowność. Uznał, że jeśli odszukam go i oddam portfel z zawartością – będę kobietą, z którą warto spędzać czas. Kobietą, w której może się zakochać bez wyrzutów sumienia. W której warto ulokować uczucie. W której, kto wie, może pozwoli sobie się zakochać na dobre. Na zawsze?

Rozbawiło mnie tylko, ale zrzuciłam to na karb silnego przeziębienia, że Arnold jakoś nie wpadł na pomysł, że ten jego pękaty portfel mógł zostać znaleziony przez jakiegoś innego człowieka, klienta apteki. Czy wtedy, z góry, przywłaszczenie go przypisałby mnie? O to jednak nie zapytałam. Zapytałam za to skąd wiedział, że jestem samotna? Po pierwsze nie nosiłam obrączki. A po drugie? Okazało się, ze życzliwy sąsiad zdążył mu donieść, że nigdy nie widział obok mnie żadnego faceta. Nikt po mnie nie przyjeżdżał i nikt mnie nie przywoził. Zawsze sama maszerowałam do autobusu i z autobusu. Pan Paczyński okazał się niezłym obserwatorem. Kto by przypuszczał. Z jego krótkowzrocznością…

Pomijając cały środek tej historii, bo szkoda czasu na te rzewne opowieści o jego oczekiwaniu, przez chwilę utraconej nadziei i wreszcie euforii, skończyło się tak jak sobie to wymarzył. Okazałam się być uczciwa. Nawet bardziej niż bardzo. Nie chciałam ani grosza znaleźnego! To go przekonało, że nie jestem materialistką (ma na nie alergie) i mam w życiu inne priorytety. No i zaczęło się. Miłość rozkwitła nagle. jakby ktoś celowo postawił nas na tej samej drodze, a ręka przeznaczenia pchała nas ku sobie od zawsze.

Śmiałam się głośno zastanawiając czy opowiedzieć mu swoją część tej historyjki jednak zdecydowałam się zatrzymać ja w tajemnicy. Babcia zawsze mi mówiła, że mężczyźnie nie warto mówić wszystkiego…

Swoją drogą Arnold był niezłym intrygantem. Zamiast przyjść i poprosić o mój numer utkał chytry plan na dodatek z dziurami jak w Maasdamerze. A ja? Sama nie wiem jak siebie określić. Też zakochałam się od JEGO pierwszego zakatarzenia. Niechcący wydłużyłam wszystko i trochę skomplikowałam. Najważniejsze jednak, że wszystko skończyło się tak, a nie inaczej. Trafiliśmy na siebie. Odnaleźliśmy się za sprawą wielu przypadków, które pchnęły nas ku sobie. A teraz? Teraz idziemy na wojnę. O siebie. O spokój i nasze uczucie. Teraz planujemy dalszy ciąg naszej historii. Pogodnej i zakończonej słowami : I żyli długo i szczęśliwe! Żyli wbrew wszystkiemu…

Arnold i Spółka (cz. 64)

 

Photo by Auriane Clément on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 13
  •  
  •  
  •  
  •  
    13
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.