W poprzedniej części Anna poznała kilka przykrych faktów dotyczących swojej byłej i chyba jedynej prawdziwej, jak do tej pory, przyjaciółki. To nie były fajne wiadomości…

Rozczarowałam się bardzo. Nie spałam całą noc. Trochę usiłowałam czytać, trochę zerkałam na to, co w telewizji. Nie pomagało nic. Wierciłam się, zmieniałam pozycje, pokoje i miejsca w których leżałam. Na dobre zakotwiczyłam na sofie w dużym pokoju. Przygotowałam sobie gorącą herbatą z goździkami, cytryną, kawałkami jabłka i pomarańczą, okryłam się mięsistym kocem i latałam po kanałach usiłując przełączyć program, który zainstalował się w mojej głowie.

Na wstępie zrobiłam chyba bezsensowne założenie, że nie mogę się rozczulać, nie wolno mi płakać, ani rozpamiętywać. Ostatnio po każdym takim nerwowym epizodzie potwornie bolała mnie głowa -pragnęłam tego uniknąć. Poza tym nie chciałam wyprowadzać się z równowagi. Nie chciałam przeżywać, rozmyślać, żałować i zadawać sobie pytania – DLACZEGO.

Odkąd zaczęłam dostawać listy w niebieskich kopertach wzięłam się za siebie, a konkretnie za swoją głowę.  Medytowałam, pisałam dziennik, zapisałam się na kurs mindfulness. Wszystko po to, by jakoś się trzymać. Żeby nie zwariować ze strachu. Wtedy też postanowiłam przestać wspominać przykre zdarzenia, zamknąć etap skupiania się na negatywach i projektowania rzeczy, które mogą nigdy nie mieć miejsca.

Tej chłodnej, jesiennej nocy po burzliwych walkach z samą sobą podjęłam decyzję, że napiszę do Ewy e-maila i postawie kropkę. Pożegnam się z nią i naszą historią. Zamknę ten rozdział. Raz na zawsze. Miałam przekonanie, że mimo wszystko, Ewka zasługuje na to. Zasługuje ze względu na naszą przeszłość. Chciałam podziękować jej za wspólne lata i prosić żeby już nigdy nie mieszała się do mojego życia. Planowałam poinformować ją, że wiem już o wszystkim i nie jestem ciekawa jej wizji tego, co się wydarzyło. Nie mogąc usnąć usiadłam w końcu z laptopem na kolanach i napisałam prawdziwy elaborat. Dudniąc o klawiaturę, jak deszcz o parapety, opisałam jej moje spostrzeżenia dotyczące naszej relacji. Było trochę tkliwie, wzruszająco. Na końcu popłakałam się z żałości i wysłałam te moje wypociny. Dobiegała piata nad ranem.

Kiedy przygotowywałam sobie kawę do kuchni wszedł zaspany, ale ubrany już w dresik Arnold. Wziął łyk wody, cmoknął mnie przelotem w policzek, zapytał o samopoczucie i wybiegł. To był jego rytuał. Zawsze zaczynał dzień od rozruchu. Pewnie dzięki temu nadal wyglądał nad wyraz kusząco.

Naszykowałam śniadanie dla nas obojga i poszłam na chwile medytować. Kiedy się ocknęłam zegar wskazywał jedenastą osiemnaście.  Podły, nocno-poranny humor minął mi jak ręką odjął. Lekko otępiała wstałam obiecując sobie, że przez najbliższe dni nie zajrzę do skrzynki pocztowej. Nie i już! A jeśli nawet Ewa coś napisze -nie będę czytała. Klamka zapadła. pewne znajomości trzeba zakończyć, bo tak…

Arnold i Spółka (cz. 68)

Photo by Masaaki Komori on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 14
  •  
  •  
  •  
  •  
    14
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.