Późnym wieczorem zadzwonił do niej teść. Jak zwykle był mało przyjemny, a nawet arogancki. Poinformował ją, że Igor już się wybudził, więc nazajutrz będzie mogła go odwiedzić, o ile tylko oczywiście znajdzie czas. Powiedział także, że jest pewien jej nielojalności w stosunku do jego syna i zaleca jej ogarnięcie tematu zanim nieborak wróci do domu, bo będzie potrzebował teraz szczególnie wsparcia, opieki i zainteresowania- z całą pewnością nie dramy i rozdzierania szat. Zamruczał jeszcze tylko, że wprawdzie zdrada to rzecz ludzka, ale nie w wykonaniu kobiety i zakończył tę niezwykle uprzejmy monolog rozłączając się. Bez dowidzenia, do zobaczenie czy choćby-cześć. I tyle.

Nie było jej do śmiechu. Po radosnym nastroju, który jeszcze nie tak dawno jej towarzyszył-nie zostało już nic. Ani kapka. Przecież kilkanaście godzin wcześniej wydawało jej się, że wreszcie odnalazła swoje miejsce, dogrzebała się do szczęścia. Czuła się spełniona, piękna i beztroska. Przecież to było tak niedawno. I koniec. Prysło jak bańska mydlana pozostawiając ją w poczuciu winy, rozgoryczeniu i przygnębieniu. Czyli co? Musi zrezygnować z Pawła? Musi zrezygnować, bo Igor jest jej mężem. To proste. Przecież przyrzekała mu. Ślubowała  miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Obiecywała samej sobie, że to będzie na zawsze, że nie popsuje życia dziewczynkom, że nauczy się czerpać szczęście z małych, ulotnych chwil. Mało tego była przecież w nim bardzo zakochana. Kiedyś. I co teraz? Co teraz?

Kiedy dowiedziała się o jego pierwszym romansie postanowiła przeczekać. To chyba był błąd. Gdyby już wtedy zareagowała, kazała mu wybierać, opowiedzieć się po którejś ze stron, może trochę bardziej by uważał, a może nie romansowałby więcej. Może gdyby zrobiła mu karczemną awanturę, wyprowadziła się z domu, zagroziła rozwodem? Może, może, może. Kto to wie. Nigdy się nie przekona, co by było. Miała szansę i wykorzystała ja tak, a nie inaczej. Kropka.

Przez wiele lat czuła się lepsza od niego, bo była fair. Bo miała zasady, które były dla niej święte, bo mimo wszystkich jego wyskoków umiała jakoś względnie normalnie funkcjonować przymykając oczy i wmawiając sobie, że przecież wszyscy faceci zdradzają, że to normalne. Wypracowała sobie metodę, żeby się ochronić. Biegała, ćwiczyła, łaziła na zakupy, piła trochę za dużo czerwonego wina. Miała swoje sprawdzone patenty na to, by osłodzić sobie byt. By sprawić, że życie z tym fircykiem w zalotach było znośniejsze. A on zawsze do niej wracał, bo był przecież odpowiedzialny. Wracał jakby nigdy nic. Kładł się obok na łóżku i przytulał ją, albo uprawiał z nią seks mówiąc, że go bardzo podnieca i jest cholernie seksowna. Najseksowniejsza na świcie. Zagryzała zęby usiłując się odprężyć i zapomnieć, że jest jedną z wielu. Nie domyślał się, że ona wie, co on wyprawia. Że kupuje drogie szampany, truskawki i perfumy. Że uwodzi na potęgę i bez żenady pieprzy się z kolejnymi atrakcyjnymi i żądnymi przygód kobietami, których również, nic a nic nie obchodzi fakt, że przecież jest żonaty. Czasem miała wrażenie, że ta obrączka na jego palcu to wabik. No i jeszcze jego fach. To, co robił, imponowało wielu osobom. Jej zresztą też. Był władcą czasu. Umiał ludziom podarować go, umiał przywrócić siły i spowodować, że nadal mogli kochać, czuć, wzruszać się i oddychać. Bywała z niego dumna.

Doskonale pamiętała jak kiedyś na ulicy ktoś zasłabł. Na Marszałkowiej, w samo południe. Wracali wtedy z usg na którym poznali płeć pierwszej córki. Byli beztroscy i radośni. Maleństwo było zdrowe. Rozmawiali o tym jak to będzie i czego się spodziewają, kiedy nagle tuż za ich plecami ktoś zaczął krzyczeć. Jakaś starsza kobieta nagle upadła na chodnik. Zrobiło się straszne zamieszanie i zbiegowisko, on jednak zachował zimną krew. Odsunął ludzi, krzycząc że mają się cofnąć, bo jest lekarzem, podbiegł do tej pani, sprawdził jej źrenice wysłuchał nikły puls, rzucił kurtkę na ziemię i przystąpił do reanimacji krzycząc żeby wezwała karetkę. Uratował ją. Kiedy przyjechało pogotowie staruszka oddychała już o własnych siłach. Potem odszukała go jakoś i podarowała ręcznie robione, dziergane serwetki. To było coś pięknego. Gdyby nie on, umarłaby…

Doskonale znosił presję, był odporny na stres i zazwyczaj opanowany. Czasem jednak znikał, albo dostawał małpiego rozumu – stało się tak, kiedy uderzył Pawła. Kiedy znikał wmawiała sobie, że odreagowuje, że traktuje seks jak sport i może lepiej, że tak robi niż miałby pić na umór, jak inni jego koledzy, lub tracić forsę i resztki godności osobistej w kasynie. Zawsze znajdowała wytłumaczenie. Zawsze go rozgrzeszała, choć wściekłość i rozgoryczenie rosły w niej z każdym kolejnym jego romansem…

Nigdy nie uciekała przed problemami, ale teraz było inaczej. Zrobiłaby to z wielka przyjemnością. Teraz, kiedy myśli kłębiły się w jej głowie, niczym czarne chmury nad pasmem gór- zwiałaby gdzie pieprz rośnie. I nie wracała przez długi czas. Wynajęłaby jakiś mały domek na skraju puszczy i godzinami czytała książki, ćwiczyła-usiłując poukładać sobie świat. Nie może jednak tego zrobić. Musi tkwić na posterunku udając przykładną żonę i matkę. Musi. Sama sobie tak nakazała i tyle. Kropka.

Koniec części pierwszej. CDN…

 

Photo by Ivana Cajina on Unsplash

Podziel się tekstem z innymi:
  • 37
  •  
  •  
  •  
  •  
    37
    Udostępnienia

Spodobał Ci się tekst? Zostaw komentarz.